sobota, 30 października 2010

...

"Nie ma nic trudniejszego nad miłość" powiedziała Fermina Daza do swojego męża , doktora Urbino.  Właśnie, trudniej, jeśli nie wcale, przychodzi mi pisanie o moim małżeństwie niż o macierzyństwie (ale to tak na marginesie;).
Jestem świeżo po seansie 'Miłości w czasach zarazy" , a film postanowiłam obejrzeć, bo książki nie doczytałam do końca. Rozumiem, że klasyka, ale ciężko mi się czyta w takim stylu. Film średniawy, lecz nie o tym chciałam.
 Florentino D'ariza czekał na spełnienie swojej miłości 53 lata i 6 miesiecy z hakiem. Doczekał się. Razem z ponad 70-sięcio letnią Ferminą popłynęli...dosłownie i w przenośni.
 Wiek był cieniem ich miłości, cieniem nieodłącznym, ale kryjącym się z tyłu i w ich historii nieistotnym. Czytamy, ogladąmy i wzruszamy się ( co poniektórzy;)
Dlaczego obecnie (mam takie wrażenie) starości odmawia się tak wiele. Dlaczego budzi niesmak i szeptania związek np. takiego Łapickiego i jego młodej żony? Dlaczego odmawia się ludziom starym uniesień, pragnień, i nakazuje ich sercom milczeć w imię przyzwoitości? No bo w imię czego?
Granice aprobaty i przyzwolenia na hormonalne i duchowe burze wytyczamy w ramach jędrnego ciała. Tyle razy słyszałam od znajomych - Fuj..z takim zgredem..z taką babcią. Nie piszę tu wyłącznie o seksie, ale o uczuciu także.
 Powieść Marqueza ma romantyczna otoczkę, rozwija się, poznajemy życie postaci w całej rozciągłości i nie wzbudza w nas niesmaku scena finalna. Wręcz przeciwnie, przetyka kanaliki łzowe. Ciekawe jakbyśmy sie zachowali przyłapując ad hoc dziadków w łóżku , lub innych kochanków z metrykami na przeciwnych biegunach.
Czy są według was jakieś granice tolerancji?
Ja nie oceniam póki nie poznam, a jeśli nie dane mi jest poznać ...jasne, że powstrzymuje się od opini...
Zostawiam uczucia ich właścicielom. Każdy wie lepiej co czuje, na ile jest to prawdziwe...i przyzwoite?

niedziela, 24 października 2010

Tuwim niedokończony

-Abecadło z pieca spadło
 O ziemię się hukło
Rozsypało sie po kątach
Strasznie sie potł.....
- Jakich kątach? Co to są kąty?
- ...o tu masz kąt, za kanapą, patrz...to jest kąt!
- A jaki to jest kąt ?
- No domowy kąt, prosty...czytać dalej?...
- Tak
- 'I' zgubiło kropeczkę, 'H' złama....
- Gdzie zgubiło? Pokaż...
- Tu widzisz? "I" goni swoją kropkę
- 'I" ma ląki? on nimi macha? jeden ląk, dła ląk, tsy... dziełięć ląk...
- 'I' ma dwie ręce
- Ja je chcę!
- Co chcesz??
- Chce te lęki  (wymowne spojrzenie)
- Igor!! Te ręce są narysowane..."H" złamało kładeczkę, "B" zbiło sobie brzuszki, "A"  zwich...
- Gdzie zbiło? Ono ma plastly? Gdzie go boli? Dlacego zbiło?..
 - No bo spadło z pieca na ziemię...
- Z jakiego piesa? Wysokiego? A jak ten pies sie nazywa, a jak on skace? on ma nogi ??On jest od babci Joli?


itd ...itd... itd....
Plus histori bez końców- wychowanie trzylatka powoduje wzrost połączeń nerwowych nie tylko u rzeczonych;)

środa, 20 października 2010

o twórczym zombie i złotej polskiej bedzie...

Moja naiwna twórczość ożywa nocą, za dnia nie ma szans spojrzeć słońcu w twarz.
Kiedy ośmielam sie za 'coś' zabrać między obiadem a kolacją, zaczynają w tym maczać palce wścibskie rączki.
Na ten przykład, dziś wyciągnęłam modelinę z ukrycia, a pod moja nieobecnośc modelina przeistoczyła się w kolorowe 'landrynki' w szczelinach ząbków.
 Normalnie, trzeba mieć oczy jak globusy przy takim odkrywcy ;)

 ale gdy smoła zalewa niebo....
Małżonek zerka na mnie pobłażliwym okiem, a ja mu z ciemni kuchni podsuwam pod nos coraz to nowe kreatury.  Infanty niedojrzałej i niecierpliwej weny.
Są niedoskonałe, nieporadne i ocierają się o kicz.
Może nawet nie ocierają, a  stoją oparte sie o jarmarczny stragan ..heh
 Macham na to ręką

 Na razie nie tykam materiałów, wykrawam formy papierowe i ściegiem je traktuje..tu się coś spętlikuje, tam podwinie...ale to passsssjonujące.

Zrobiłam wycinankę na bladolicą szafkę na klucze.
Wycinanka również pastelowa i rumieńców nie przyda mebelkowi, ale odmieniła go w sposób, który ostatecznie mnie zadawalnia;)
 Napisałam 'zrobiłam wycinankę' tzn - wymierzyłam, wycięłam ponaklejałam paski ale przy maszynie zasiadła głowa rodziny, więc najważniejsze stało się w jego rękach.
Tak na marginesie, a raczej tłustym drukiem - Nauki szycia pobieram u męża, który potrafi:)


ot i efekt poszycia małżeńskiego:


W sumie jedyna rzecz, która mogę bez obciachu wystawić na widok publiczny:)

Tak się zarzekałam ostatnio, że nic, tylko przykuwam sie do łucznika kajdankami, bo przeżywam życiową erupcję weny twórczej....
 ...jaaaki wstyd ;))

Się dzieje, uwierzcie;), tyle że nie warte to ekspozycji.

Żeby odwrócic uwagę, lans jesieni, dziecka i matki z dzieckiem ;P





środa, 13 października 2010

Jak szyć i nie dać się chorobie

Od wczoraj na stole kuchennym (bo ja niestety nie mam własnego kącika pracy) stoi posuniety w latach łucznik, który przyjechał od tesciowej razem z najdroższymi niciami świata - szpulka 16 tysięcy;)


 Oj tak, taką mam zachciankę by szyć, szyć pełna gębą;)
 Juz wczoraj dziurawiłam papiery, ale wynik koslawy
Ja to bym chciała rach ciach, idealnie za pierwszym razem...takie moje wolne żarty hehe

 Zalegam z materiałem i to dosłownie;) Szmatek się nazbierało, a niektóre to prawdziwe mamuty. Babcia powyciagała z czeluści tapczanu mnóstwo skrawków, co to pamiętaja czasy kolorowych jarmarków w wykonaniu szczupłej Maryli R.

Dawno nic nie rękoczyniłam, ale czuję że coś"mnie bierze" 
 Obecnie wziął mnie i trzyma jakiś opętańczy wirus z gatunku smarkatych, a moje dziecko uporczywie trzyma za gardło jakiś wirus z krainy chrypowców.
Także chorujemy sobie juz dni kilka i na razie nie zanosi sie na czyste dźwieki, za to widzimy juz potrójnie;))



Wieki całe nie wrzucałam swojej robocizny.
 Nie za wiele tego, przeciwnie, wręcz przeciwnie - mało;)

Dawno dawno temu, nad stołami, pod lampami, były sobie kolorowe papiery które połączył klej ....





do uwidzenia!

piątek, 8 października 2010

SPAcer

BARDZO CIEPŁO WSPOMINAM NIEDAWNY SPACER.

GDYBY PLAŻA NIE SZELEŚCIŁA, A PÓŁNAGIE DRZEWA NIE RUMIENIŁY ZE WSTYDU, PRAWIE UWIERZYŁABYM W LATO ;)

WDECH WYDECH
 WDECH WYDECH

... i może przetrwam zimę na jesiennych akumulatorkach






czwartek, 7 października 2010

muzyka!!!!!!

 Czaroffnica zaczęła pleść muzyczny łańcuszek z nutek, które nadają ton naszemu życiu i odżywiają ducha. Swoje oczko dołączyć pozwoliła.
 Dziękuję:)

Delektuję się muzyką w ogóle, ale w moim codziennym menu znajdują się standardowo dania główne, o których napiszę :)

 Zgodnie z zasadami mam wybrać trzy utwory, które przenikaja mnie na wskroś. To trudne.
Postanowiłam wybrac trzy utwory reprezentatywne, które określaja klimaty w których swobodnie oddycham i nastroje w które często popadam, albo wydobywam na powierzchnię :)

number ONE



Ta muzyka wybija rytm mojego serca : ))

 Cieszę się , że trafiłam tez na taki videoklip. Ktos podłozył pod melodię filmik z poczatku ubiegłego wieku. Wzruszające i nostalgiczne:)
Ta muzyka porusza się w czasie i przestrzeni.
Jest pochwałą życia na ziemi, zachwytem nad cudem stworzenia. Niesie pokrzepiający przekaz, że mimo iż wszystko sie zmienia, tak naprawdę nie zmienia sie nic. Przemijamy, powracamy, Le roi est mort, vive le roi;)
 Na tych falach łatwiej mi zaakceptowac to co nieuniknione i poczuć , że czas może pięknie upływać gdy sie ma wokół tak piekne okoliczności przyrody:)


Polecam cała płytę Kate Bush - 'Aerial' :)

odsłona DRUGA



Podskórnie czuję, że w poprzednich wcieleniach mieszkałam gdzieś daleko na północy;) Paradoksalnie lubie ciepło, ale może dlatego, że mój duch błąkajacy się niegdyś po bezkresnych przestrzeniach podbiegunowych, smagany wiatrem od mórz, teraz sobie odbija ;P
Jestem rusałką północy w grubym swetrze w norweskie wzory;))

 Nic tylko stanąć nad urwistym zboczem, oderwać stopy i wzbić nad horyzont.
tak śnię...

 po TRZECIE



Przyznacie, że jestem monotematyczna:)
Muzyka minimalna, new age, eksperymentalna towarzyszy mi  (nam z Leszkiem) od zarania znajomości. Wibrujemy na podobnych częstotliwościach, dzięki tej muzyce to odkrylismy;)
 Zamykalismy się w jego pokoju i włączali 'klimatyzację" z magnetofonu.
 Tak, tak, z kaset jeszcze. To było jakieś 10 lat temu i takie sprzęty jeszcze funkcjonowały
 Dźwięki klawiszów przerywane dudnieniem bębenków, jakieś fleciki i wspólna medytacja, jedność ducha. Było (jest) super!
 Pierwszy węzeł który nas połączył :))

 Teraz moja kolej by wyznaczyc osoby chętne do podzielenia się swoją muzyką.
 Pozwolicie, że zostawię sobie troche czasu do zastanowienia?
 Chyba że ktos z własnej nieprzymuszonej woli zechce?
Ja bardzo chętnie posłucham.

niedziela, 3 października 2010

kręgi wtajemniczenia

W mojej rodzinie nastepują momenty przełomowe...małe i większe przejścia w nowe stany świadomości.
Moja mama przeszła na wcześniejszą emeryturę. Ta opcja okazała się jedynie słuszna w obliczu zaistniałej , kiepskiej sytuacji firmy. Warunki przejścia są korzystne więc należało załapać za koło ratunkowe z dodatkowym pakietem podręcznych boi, które  myślę, utrzymają naszą rodzinę na powierzchni.
 Tak się w Polsce chrzani, że głowa boli. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy i nie zaprzątałam myślami, co będę jadła w wieku 60 lat i czy będę miała za co to jedzenie kupić. Im człowiek starszy, tym bardziej do niego dociera kondycja kraju w którym zyje. Czy aby nie przeprowadzic sie gdzieś indziej.... do Szwecji...
Po głowie chodzą mi takie drastyczne myśli. Drastyczne, bo jestem przywiązana do tej polskiej budy jak wierne psisko.

 Moja najsłodsza krew, najczystsza odmiana A rh + (po tatusiu i mamusi ;) została wciągnieta w poczet krasnali.
 Igor stał sie pełnoprawnym przedszkolakiem, ma na to papiery;)
 Piątkowym rankiem uczestniczyłam w pasowaniu na przedszkolaków.
Jejciu, ile zapłakanych buzi, rączek wyrywających sie do mam i babć. Dla takich smyków to dopiero przeżycie, wszystkie oczy skierowane na roztrzęsione ciałka, które nie wiedzą co ze soba począć.
 Igorek, był jakby poza kontekstem, w jego głowie rozgrywał sie inny scenariusz, nie bardzo wiedział w czym uczestniczy i po co, zreszta jak większość.
Jednak w przeciwieństwie do większości trzymał się 'sucho', nie uronił łezki.
Kukałam na niego z oddali, podglądałam jak sie zachowuje i widziałam zamyślonego brzdąca, który próbuje strącić głową błękitną czapkę.
 Poddawał się bez entuzjazmu całej ceremoni, w końcu kiedy mnie dostrzegł przyczajoną z aparatem, coś w niego weszło, jakby wielki owsik;) Rozbrykał się i pokraśniał, poczuł pewnie. Ha!
Ciekawi mnie co siedzi w tej małej główce i cieszy, że jednak ta główka potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji i nie ulega zbiorowej histerii;)





Życie to ciągłe otwieranie nowych furtek, przebijanie murów, przechylanie symbolicznych kielichów. Ja zdaje sie utknełam w jakiejś głuchej i ciemnej szczelinie. Nie wiem co jest grane, jaka to melodia, nie widzę nic poza tym zakamarkiem....
Kurcze, ja nawet nie wiem jaka zmiana powinna nastąpić i czy musi. Czy ja powinnam zmiany wprowadzać, czy one przyjdą same?
Poddaje się jak patyk rwącej rzece. Co ma być to będzie, jakkolwiek prostacko by to zabrzmiało.