poniedziałek, 25 maja 2020

Nowe oprogramowanie

Obecnie realizuję się życiowo jako robotnica domowa. Realizacja przebiega połowicznie, bo jednak sporo czasu leniuchuję. Chciałabym napisać, że uruchomiłam funkcję turbo sprzątania i podkręciłam gałkę odpowiedzialną za kulinarną efektywność, ale to by było kłamstwo.
Ogólnie dni zlewają się w jeden, czasem zapominam czy to środa, a może już poniedziałek?




Mechanika dnia jest z grubsza taka:
Kabelki stykają w okolicach 10:00, wcześniej coś tam żarzy się i tli, ale z racji starszej generacji uruchamiam się wolniej. Czasem włącza mnie kot wciskając łapami dwa guziki na klatce piersiowej - ten mechanizm zaczął funkcjonować jakieś 7 lat temu i niestety jest bolesny. Dźwigam się więc z  trzaskiem i zmierzam do kuchni w celu naoliwienia. Olej jest barwy smoły i smakuje wybornie!
Kiedy się zregeneruję, gotuję. Niee, nie w kuchni, gotuję się do drogi po internetach.
 Fejsbuki, pinteresty, instagramy to już nie gramy, a tony. Zapełniam bazę danych setkami klików i wejść, ale mam założoną blokadę, która uruchamia się automatycznie w samo południe na hasło - obiad. To stały gwóźdź programu, którego usunięcie zwiastuje awarię tj wybija mi gniazdko. A gniazdko najważniejsze, bo rodzinne. Po obiedzie przychodzi czasem pora na realizację pomysłów, które zgromadziły się gdzieś tam pod kopułą. Najczęściej jednak realizacja ma miejsce w weekendy, gdy wciskam reset systemu i oczyszczam z nagromadzonych danych.

Jakiś czas temu zbudowałam robota i zaszufladkowałam do kategorii "przetrzymywacza".
Papier zszargany i wyblakły, za sprawą akryli i patyny stał się korodującą blachą. Mimo, że robo służy już innemu panu to zdjęcia zdążyłam zrobić.
Tadammm...










wtorek, 16 lipca 2019

dalekosiężnik wzrokowy

Zrobiłam z blogowych wpisów mozaikę i się prawie popłakałam, a na pewno oczy się zaszkliły.
Mozaiki są zdradliwe.
Pochlipałam nad tymi wszystkimi blogami, co ich już nie odnajduję, co do nich zabarykadowano drzwi, co to o sobie zapomnieliśmy. Zasmuciłam się z powodu wszystkich ludzi, którzy już nie piszą, bo odeszli w zaświaty albo piszą, ale emigrowali w inne blogosfery. Zastygłam na kilka chwil podczas czytania własnych słów sprzed lat kilku. O mamo, jak dobrze, że tego bloga mam.
Kawał życia, okruchy historii, tyle przetrawionych myśli.










li.
Wzrusz!

sobota, 29 czerwca 2019

jaskinia świadomości

Są miejsca gdzie czas się zatrzymał tysiące lat temu, a duchy zatopiły w unikalnym mikroklimacie pradziejów. Werner Hertzog z ekipą archeologów przeniósł się w czasie i doświadczył tajemnicy Jaskini Chauvet Pont-d'Arc na południu Francji. Zobaczył najstarsze znane nam malowidła paleolityczne i sfilmował w taki sposób, że poczułam magię groty.
Ta niesamowita jaskinia zachowała energie sprzed niemal 32 tysięcy lat!

POLECAM...



piątek, 22 marca 2019

sepraaajz

Już ponad rok minął od czasu kiedy pisałam o saunie 😮
W dalszym ciągu nie zdążyłam się z panami zaprzyjaźnić. Chyba jestem kiepską interlokutorką. Choć z drugiej strony czasem potrafię człowieka zagadać, kiedy wyda się interesujący.
Zdecydowanie lepiej mi się rozmawia z człowiekiem pojedynczym, a nie w kupie człowieków, gdyż pojedynczy potrafi się bardziej skupić ;)

some reflections

Kłodzko
widok z twierdzy na miasteczko upodabnia je do parku miniatur
.


Widok na własne dziecko z perspektywy jakichś 10 lat również je miniaturyzuje ;)



piątek, 25 maja 2018

tash tash darling

Tash Sultana (właściwie Natasha) to australijska multiinstrumentalistka, która biegle gra na gitarach, mandolinie, instrumentach klawiszowych, samplerach, elektrycznych instrumentach perkusyjnych, fletni pana i trąbce. Od wymieniania łeb boli.
 Kiedy na nią patrzę mam wrażenie, że ona cała gra.
Jest dla mnie nieprzerwaną erupcją muzycznej energii, która się po prostu wylewa każdym porem.

wtorek, 13 marca 2018

Sauna story

Sauna to miejsce specyficznych (ro)zbiórek, gdzie fakt niewygodnego pocenia się innych po prostu po nas spływa. To też miejsce, gdzie lanie wody przybiera formę kuriozalną w postaci tzw gadki-szmatki, gdzie ta druga służy odprowadzaniu cieczy pod pośladki. Gadka-szmatka sauniana posiada zespół charakterystycznych cech, a przynajmniej moje doświadczenie uczy, że posiada. Zdecydowanie skłonna jestem przyznać, że te drewniane klatki nabite Celsjuszami mają moc rozwiązywania  nie tylko ręczników, języków także. Lubię pobyty w saunie na swój masochistyczny sposób. Choć ciało woła wyłaź bo zdechnę, to jednak ciągle siedzi i testuje swą wytrzymałość (patrzenie na klepsydrę dodaje sił). Drugie oblicze fińskiego masochizmu polega na mimowolnym słuchaniu tego co leci w eter, a powietrze potrafi się robić naprawdę gęste i nabrzmiałe od aluzji i zwierzeń. Tu prym wiodą, uwaga - rozochoceni panowie, u których krew szybciej krąży, tudzież rozpędzają się inne płyny ustrojowe ze szczególnym uwzględnieniem tych..yyy..życiodajnych. No serio, facetom wysiewa się do głowy, co chyba pozwala poczuć się bezpieczniej, bo miękną wówczas w dole. I tak dzisiaj wlazłam między śliskie, grube ryby, a potem jeszcze jedna ofiara żeńska się napatoczyła w izdebce (2,5 na 2 m) i sobie słuchałyśmy pieprznych kawałków do permanentnego zarumienienia.
 Dałam radę, zresztą rozcieńczony amol (no hit!) lany na węgle potrafi totalnie zamroczyć więc niewiele pamiętam, prócz filcowych kapelutków na głowach pastuszków. Filcowe kapelutki wyglądające jak dzwonki przebiśniegów, to fenomen ostatnich lat budzący we mnie silną potrzebę ciągłego drapania się po głowie i za uszami.
I kiedy tak kicając na deskach udaje się poukładać w pamięci wszystkie sprośne żarty, by opowiedzieć je w domu mężowi, to przychodzi w końcu pora na wielkie wyjście. Wyjście przebiega w atmosferze niepostrzeżenie zwiększonego tłoku, kiedy zmuszona ocierać się tyłkiem po kosmatych policzkach i szeleszczących włosach przedramion, próbuję się wydostać. Jak jeden mąż pojawia się mentalna ośmiornica, która by się owinęła tu i tam, lecz może to tylko podszepty wyobraźni;)
Na otwartej przestrzeni zalatującej chlorem robi się nagle zimno, temperatura opada.. ale wiem, że jeszcze wrócę po gorące kąski.

Fajniej byłoby w takiej saunie:






tak też byłoby miło:)


tak już raczej niekoniecznie, choć zdrowo :





(wszystkie zdjęcia z netu)

niedziela, 4 marca 2018

rzępoły

Chyba nic z tej muzycznej hodowli nie będzie, to już kot częściej wskakuje na klawisze.
Bardziej fascynujące jest się odkrycie, że jeden klawisz wydaje niecenzuralne brzmienie, wtedy jest zabawa :)


czwartek, 1 marca 2018

gdzieś w okolicy koła podbiegunowego

John piłuje polarne zorze mistrzowsko się nad nimi znęcając.
Wstyd, ale dopiero niedawno dowiedziałam się, że to były członek Red Hot Chilli Peppers. Już na odrębnej ścieżce, odbił w bok i chyba też od dna. Z łamania zasad gry na gitarze ponoć uczynił swój muzyczny emblemat - lubi grać nieczysto ;)
Słucham, nie wnikam.


poniedziałek, 26 lutego 2018

jesteś serca biciem

Taiko to gama tradycyjnych, japońskich instrumentów perkusyjnych, których rodowód sięga 6 wieku naszej ery. Wtedy, za sprawą kultury chińskiej i koreańskiej zaszczepiono je w japońskim folklorze. Dudniące rytmy zagrzewały do bitew, oznajmiały istotne treści, tworzyły tło ceremonii religijnych i akompaniament teatralny.  Nauka gry na taiko była głównie demonstrowana uczniom, którzy praktykowali ją w zamkniętych społecznościach przez wiele lat.
 Ten rodzaj sztuki często jest utożsamiany z wizerunkiem krzepkiego chłopa co to orze pole własną grabą. To widać gołym okiem - lśniące od potu, wyrzeźbione sylwetki robią wrażenie. Nie ma się czemu dziwić, gra na bębnach to taka dźwięczna siłownia dająca spektakularne, cielesne efekty (choć panowie z klipu średnio mnie jarają). Co tam panowie, Japonki też chętnie wybijają rytm na garbowanych skórach - obecnie w słynnym zespole Kodo liczącym 32 członków występuje sześć uzdolnionych pań - to dopiero coś.

Gra na taiko tworzy charyzmatyczną aurę. Precyzja ruchów połączona z czystością dźwięku wprowadza w lekki trans. Patrzę na to zjawisko zachłannie, mając w głowie nazwę zespołu.
 'Kodo' - rytm serca.
Pompy, która jest pierwotnym źródłem rytmu i inicjuje ruch utożsamiany z energią życiową.
Wibracja życia, a raczej jego doniosły ton. Cała drżę.

niedziela, 18 lutego 2018

oya

Oya - bogini wiatru, błyskawic, gwałtownych sztormów, zawiadowca życia i śmierci, piastunka cmentarzy. Emanacja orishy - duchowych istot będących przejawem najwyższego bóstwa.W kulturze i religii Joruba orisha to często ludzie, którzy wsławieni wyjątkowymi czynami przemienili się po śmierci w bogów.


Nawet jeśli widzę piękne krajobrazy i doświadczam wzruszeń, a ciebie nie ma przy mnie, nic nie ma znaczenia. Nic mnie nie cieszy. Tęsknię, a moja tęsknota równa się pragnieniu śmierci. Nie ma ciebie więc wszystko nie istnieje. Żyję na cmentarzu życia, na granicy między światami.
Snuję się niby żywa, a jednocześnie martwa i nieobecna.

Take me Oya...




sobota, 30 grudnia 2017

jest czas...

o bosz
Long time ago there was a woman and her blog

Sporo się zmieniło od czerwca. Zmieniła się forma pracy. Siedzę w domu i siedzę w papierach, ale nie rozliczam się z nich tylko sklejam. Sporo też u mnie guzików, filcu, drewnianych skrzynek, serwetek - taki kreatywny patchwork.
W sumie zadziało się co afirmowałam.
To nic, że moje mieszkanie wygląda jak magazyn, pełne kartonów, stołów zapełnionych po brzegi.
Nie chciałam tracić czasu na dojazdy do pracy, to tracę czas na szukanie igły w stogu muliny.

Jeśli ktoś ma ochotę może zajrzeć na fejsbuka, wklepać 'czas na diy' i będzie wiedział w co wsiąknęłam.
 Mimo specyfiki obecnej pracy dalej wszystko gra. Nie zaniedbuję się kurtularrnie, więc czas na recenzje i refleksje też mam nadzieję znaleźć. Może obudzę ten blog, uruchomię znów.

środa, 21 czerwca 2017

czasem...

Wierzę w życie przed śmiercią.
Chociaż mam nadzieję, że jest jakieś 'po', to nie czekam aż doczesne 'teraz' się skończy i będę szybować w obłokach. Na pewno nie będzie miało to 'po'  koloru niebieskiego nieba i lekkości motyla.


 Od Leszka często słyszę że "wszystko jest idealne" albo "wszystko się układa'.
 Pokrzepiające i w ułamku sekundy również moje. Czasem pojawia się boski przebłysk, że jest dobrze jak jest, a czasem pękam i myślę, że wcale nie.
Można się nachapać życia będąc zalanym betonem rutyny?


piątek, 24 lutego 2017

niemoc twórcza

Z kubkiem porannej kawy przystaję przed parapetem i widzę drzewa. Gdyby je ścieli padłabym trupem obok. Dziś szczególnie światło oparło się o konary i widok ten wyjątkowo krzepił i grzał mimo zachmurzenia.