wtorek, 11 stycznia 2011

Jak zostałam prawie wykończona

Źle sie dzieje w państwie duńskim...łokropnie wręcz.
 Dziś jest światowy dzień pecha!

U strzygi byłam. Pełna opymizmu i zdrowego podejścia szłam.
 Szłam szłam i doszedłszy, wzięłam i usiadłam. Usiadłszy, poddałam się.
 Strzyga moja czasami każe klientom liczyć promile w wydychanym powietrzu i ma głos jak Mann. Ale ja igram z tym. Jestem przyjaźnie nastawiona i posłuszna, kiedy fryc nie tnie po kieszeniach, a w miejscu do tego predystynowanym i robi to zdatnie do życia w aglomeracji, jak sama nazwa wskazuje - znacznie zaludnionej i przypatrującej się.
Tak więc umościłam sie na piankowycm krześle, wzięłam głęboki i uśmiechnięty oddech, tzw. medytacyjny, puściłam oko do lustra i kuknęłam na panią siedzącą obok, która,  jak się ostatecznie okazało, cięła się na "byleby nie było widać".
 No, ja nie miałam szczęścia w kwestii widzenia, bo u mnie wystąpił efekt WOW! tzn. widać, oooj, jak widać! Widać tak, że nic nie widać!
Nic tylko się pociąć, ale pytam, drugi raz??
 Na własną prośbę się tak pokarałam. Nie miałam jeszcze długiego futra, ale już mnie na głowie uwierało, już mnie korciło na wierzchołku, drapało i ciągnęło.
Na co dzień stroszę irokeza, ale teraz to ja rasowy indianin jestem, proszem państwa. Nic to. Zaczynam sie modlić. O matko świętej Hermenegildy od brzytwy, zlituj sę żesz, ześlij pomysła. I myślę, i myślę, boli jak cholera, ale nie ma zmiłuj.
Myślenie się udaje, w końcu każdy tunel ma swoje światełko.
Idę po farbę.  Jest, leży na półce, pośród miliona niepodobnych.
Ładna farba, kolorowa. Cooper Mahogany, nooo, z taką nazwą to przepiękna farba, głowę daje i już!
Wyobrażam sobie, że jak się pokoloruję to nie będzie widać, przynajmniej trochę odwrócę uwagę od długości, a raczej jej braku.

 Obecnie jestem już dziełem skończonym i widać wyraźnie, że poszłam w ciemno. Ogólnie umaszczenie może być, tylko że w takie mroki Mordoru to jeszcze dotąd nie wpadłam, za to jaka myszka Miki na czole! Nooo, tym to się musze pochwalić, zapis w pamiętniku zrobić. Takiej Mimi jeszcze świat nie widział! Gryzonie Disney'a kryjcie się.

no....
Tak, że wygladam nie za ciekawie, a raczej ciekawie ZBYT.
 Nie bójta się, ŻADNYCH zdjęć nie będzie! NO WAY!

Okoliczności równoległe (prawie), pomiar czasu - jakąś godzinę, dwie temu?

Leszek układa puzle w łazience. Przyłada się, nie powiem.
Dzisiaj szlifierką do metalu ciął jakąś blachę, tylko że tarcza (?) była zbyt wielka i wióry leciały, mówi i trafia mnie tym! Bo mowa o nie byle jakich wiórach!
Wióry metalowe, rozżarzone, wtopiły się w płytki, które stały im na drodze.
 A stały cztery, a raczej trzymały się i to dzielnie. Zamieniły się w mgnieniu oka w pieguski, a raczej irysy z makiem, chociaż nie, ostatecznie to wyglądało jakby muchy nasrały.
Z ciężkim młotem, ale musielismy koleżankom podziękować za współpracę na płaszczyźnie.

Sami widzicie włos sie jeży, krótki bo krótki.
Cóż. Odrośnie!
 Remonty też maja swój end, ende, fin, final, konec,fine, slut, lopussa
KONIEC 

16 komentarzy:

  1. :D dobrze będzie, czasem "drobna odmiana" się przydaje :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja będę opłakiwać swój imidź w piątek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja już gdzieś, kiedyś o tym pisałam: nienawidzę fryzjerów i salonów fryzjerskich, i grzebaniny we włosach, i prób przerabiania mnie na żołnierza w stalowym hełmie!
    Na pocieszenie: jeszcze tydzień i będzie ładnie według Twojego zamysłu :)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj tam wlosy rzecz nabyta, gorzej z zebami:))

    OdpowiedzUsuń
  5. a ja się odważę i poproszę o zobrazowanie tej męki ;) fryzu oczywiście :P heh ... po takim wpisie mam obawy iść do fryzjera, któremu ufam bezgranicznie i bez żadnych oporów siadam na fotelu ... ale może właśnie, jak będie mieć taki dziwnie zakręcony dzień? i wyjdę z "nie-wiadomo-czym" na głowie? hmmm ... nieeee ....

    OdpowiedzUsuń
  6. opisałas te męki tak malowniczo, że parskałam ranną kawą co chwilę;)))) podobało mi się mimo, że cierpieniem Twoim okupione! Domagam się zdjęcia!!! Maż cudny:))))))))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
  7. W tym wpisie - coś dla kobiety i coś dla faceta.

    Odpowiednio - nowa fryzura i maszyneria...

    ;-)

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  8. Włosy nie zęby, też się dałam podgolić na szkoleniu i wyglądam... olewam :) odrosną

    OdpowiedzUsuń
  9. Czeka na mnie fryzjer jakoś w sobotę. Mam zaufanie, chociaż wystawiane czasem na ciężką próbę. A teraz też mieszkam w aglomeracji, w dodatku się wycieram z cv po róznych takich przybytkach powaznych, to muszę wyglądać jak człowiek. No, powodzenia ze wszystkim:)

    OdpowiedzUsuń
  10. hi, hi :)))))

    na tenże przykład- ja fryzjerom nie ufam!!!
    chyba tak od szkoły podstawowej sama sobie wymyślam i według planu tnę! już wtedy zaczęły wchodzić asymetrycznie-zębowate cięcia na moje szczęście...
    później nawet w okolicznych akademikach słynęłam jako miejscowa fryzjerka :O

    nooo, ciekawie było. i wszystkie kolory na głowie się już nosiło!

    ...teraz już się zestarzałam i zmądrzałam. końcóweczki jeno przycinam i kuracje ziołowo-lecznicze se stosuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Też miałem kiedyś taką przygodę z fryzjerem. Serio, proszę się nie śmiać. Zostałem manekinem treningowym jakiejś uczennicy - panna daru nie miała, oj nie miała. Zostałem zmasakrowany. Nie było czego ratować - w ruch musiała pójść maszynka. I tak zostałem jarhead'em.

    OdpowiedzUsuń
  12. oj włos się jeży nawet jak czytam - ach te remonty :)
    a włosy prędzej czy później odrosną :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Taaak, odmiana jednak jest, a to najważniejsze:) W końcu to motor zycia, taka zmiana!

    OdpowiedzUsuń
  14. Ale za to post Ci wyszedł pierwsza klasa, jak mniemam pisany jeszcze w oparach farby i wśród iskier tej piły tarczowej :))?

    OdpowiedzUsuń
  15. oj tak fajnie to napisalas, ze jestem bardzo ciekawa jak wygladasz, ale dla pocieszenia powiem Ci ze ja do fryzjera zawsze trafiam w ramach samoukarania i wychodze nieszczesliwa, no chyba ze ide tylko na prostowanie, wowczas rozplywam sie w zachwytach nad soba i samoglaskania po tej cuudnej strukturze nie ma konca :)

    OdpowiedzUsuń