poniedziałek, 31 stycznia 2011

wiązanie krawatu...

....to jest sztuka....

 i to jedna jedyna w domu !! ;)

Nie posiadamy ilości  >1, ani umiejetnosci wiązania męskiego powrozu.
Z musu włączamy filmik instruktażowy.
Poniżej prezentacja jak bardzo nie umiemy;)

sobota, 22 stycznia 2011

o włos od...czyli odliczanie

-Tata, jak ty kolis!  - żali się syn w objęciach taty wracającego z pracy.
Tata idzie się ogolić do łazienki. Już był w ogródku, już witał się z gąska...ale zmęczenie go dopadło na przystanku - łóżko. Maszynki nie tknął.
 Do babci pojechaliśmy jak wstał i się otrząsnął ze snu.
 Babcia spóźnione życzenia i podarunki przyjęła, a potem rzekła do męża wnuczki.
- Mnie sie podobają panowie z brodą. Wygladasz jak ten...no ten...Karolina!? ( moja kuzynka) Jak sie nazywa ten aktor z "Prosto w serce" ?
 -Filip Bobek - odrzekła młodsza wnuczka.
-Wiesz Leszek - podjęła wątek wnuczka, żona taty i mama Igora - To ten co grał Leonsja Brzyduli.
 -Aaaaa TEN! - zadowolony że skojarzył, odparł mężczyzna z rzadkim zarostem (rzadkim, bo tygodniowym i raz na ruski rok). Bobek nie kozi, oczom nie umknie.

Drapie się, ale zapuszcza, podpuszczony przez babcię.
 Jak długo nie puszczą mu nerwy ? W drodze powrotnej postanowienie swe umocnił widząc bilbord Bobka z Muchą. Teraz to jest wyzwanie, mierzenie sie z oryginałem.
 Ha! Biorę go pod włos od tej chwili.

 Zagadka na nastepny tydzień:
 Kiedy Leszek w końcu pożegna włosy na brodzie?
Odpowiedź nieobowiązkowa!

Słońce, słońce, ciepło, lato, łąka, miód, babcia i dla niej to wszystko :)



autobusowy survival

Zdarzyło sie wczoraj.

Siedzę w 76. Skuliłam sie z lekturą na ostatnim siedzeniu.
Zerkam mimochodem, wchodzi facet jakby zawiany, ale bynajmniej zimowym powietrzem. W trasie mój wzrok ześlizguje się z wersów w kierunku na prawo, gdyż wspomniany pasażer stoi na jednej nodze, chyba od momentu odjazdu i ciągle chwieje jak figurka piłkarzyka. Jakby na sprężynce zamontowany, wańka wstańka, wiatraczek, bączek. Hopaj siup, zmiana nóg. Z prawej na lewą i mooocny uchwyt na rurce, zginanie kolanka, przysiad i wyskok w górę wiuuuu.. Wachluje mnie paltem i czasem okłada po twarzy. No bomba, odkładam książkę na wypadek nagłej ewakuacji. No i masz, kilka sekund później, mocny zakręt i mnie nie ma, gdzieś pod czarna peleryną akrobaty próbuję złapać oddech. Pan się ustawia do pionu, przeprasza i uśmiecha. Hopaj siup, zmiana nóg. Teraz lewa i prawa naprzemiennie, wzorcowy stęp w miejscu, prawie jak Karino.
Sobie myślę, dość atrakcji i na kolejnym przystanku juz zamierzam zmienić miejsce, ale niespodziewanie napastnik wyciąga się z autobusu jak długi, a potem głośnym galopkiem po chodniku. No świr:)
Żeby nie zalał nas beton rutyny potrzebujemy chyba takich odmieńców ;)

Droga z pracy do domu bywa umilana na różne sposoby. Wiedzą to wszyscy posiadacze miesięcznego, jak i innego biletu, tudzież podróżujacy za friko.
Element łysy aranżuje w środkach komunikacji miejskiej radiostacje i można się osłuchać z muzyką "mówioną" , przeplataną różnymi k...mi i ch..ami.
Element zapachowy wydobywa z siebie rózne perfuma na wielu poziomach, element ocieraczy propaguje ostre s-tarcie z rzeczywistością. Elementów możnaby mnożyć.
Wielorakość pierwiastków codzienności tworzy specyficzną chemię wsród pasażerów, a dojeżdzać trzeba, ech..


W ogóle to obejrzyjcie sobie ten jutubowy obrazek muzyczny. Świetna instalacja.



Gdyby piętrzące się życiowe przeszkody były takie fajne i kolorowe...
(....a może pan z autobusu demonstrował przy mnie jeden z etapów swojej niebywałej "ruchomej instalacji" ;)

czwartek, 20 stycznia 2011

....

Dziękuję za wszystkie wpisy pod ostatnim postem.
Mnie takie czytanie zawsze pomaga.
Znajduję inną perspektywę i widzę zupełnie inaczej, z większego dystansu.


Grunt nie poddawać się, próbować zmierzyć, am I right? :)
Jak te dzieciaki:))

Świetny videoklip tak w ogóle!

wtorek, 18 stycznia 2011

zirou

Śni mi się, że spaceruję po brukowanym placu. Miasto  jest szaro białe. Przychodzi mi na myśl Wrocław, ale to nieprawda. Pod jedną z kamienic jest przejście na przylegający rynek, tam się kieruję. Jednak pod łukowatym sklepieniem zatrzymuję się. Hebanowe drzwi prowadzące do jakiegoś wnętrza odwracaja uwagę. Wchodzę. Zmiana klimatu. Coś jakby przedwojenny hotel. Czarne, lakierowane meble, czarne, lakierowane włosy recepcjonisty. Aksamitna czerwień ciężkich zasłon i dywan też w kolorze krwi. Rozglądam się i zauważam szerokie, kamieniste schody podparte wielkimi kolumnami. Zaczynam wchodzić. Wszystko robi imponujace wrażenie, projektant musiał mieć manię wielkosci.
 Dociera do mnie dojmująca cisza i puste korytarze na kolejnych piętrach. Im wyżej, tym milczenie murów staje się przenikliwe i bolesne. Nikt tu nie pracuje, echo odbija się od gołych ścian. Wspinaczka trwa i nagle zauważam, że schody nie są juz z kamienia, ale uszyte z materacy jakie można znaleźć na salach gimnastycznych. Miękkie, połączone grubym szwem. Nogi zapadają się, ale pokonuję stopień po stopniu. Nie przerywam nawet gdy gąbka powoli traci kanty, staje się obitą skajem zjeżdżalnią, jak dmuchany plac zabaw dla dzieci. Próbuję mimo wszystko się wdrapać, chwytam szczebli, wczepiam palcami, na próżno.  Nagle z góry słyszę głos - 'wyżej wstęp wzbroniony'. Mówi do mnie pani z włosami wymodelowanymi jak u Rity Heyworth. Ładna i uśmiechnięta .
 Koniec.

Zawsze z łatwością przychodziła mi interpretacja snów.
 Chcę zmierzać do  celu, bo  powinnam. Każdy powinien mieć jakiś cel w życiu, prawda? Tak naprawdę, to ja nie mam celu. Nie wiem co mam robić, żeby nie czuć pustki w sobie. Pustka wypełnia mnie tym swoim niczym i czasem myślę... po co wstaję rano? Żeby łapać się we mgle latarni?
 Zaprzepaściłam swoje wykształcenie. Nic juz nie pamiętam ze studiów. Nawet nie wiem , czy chciałabym ta wiedzę odswieżyć i wykorzystać.
Nie mam na siebie pomysłu, tylko słomiany zapał. Próbuję, nie kończę, rzucam.
Przyjdzie mi nic nie robić, albo robić takie nic jak dotychczas.
 Ciagle uciekam, albo przeciwnie - stoję w miejscu, odraczam start, bo nie wiem którędy pobiec.
Meta to wygrane życie, świadomość i duma, że się go nie zaprzepaściło, że oprócz rodziny kochało się coś jeszcze.

Jestem wyrzutem sumienia. Pruję przed siebie  jak ślepy nabój.

piątek, 14 stycznia 2011

Gruby i fajny

 W domowym kinie zafundowałam sobie seans z "Gigante", czyli w wolnym tłumaczeniu - z grubym.
Jak tylko napisy końcowe wpełzły na ekran, przeskoczyłam na wikipedię, żeby sobie przypomnieć czego stolicą jest Montevideo. No jasne, że Urugwaju ;)  - państewka ( bo w skali Ameryki Płd - zdecydowanie niewielkiego) leżącego między Argentyną, a big mamą Brazylią.
Nie wiem co sobie wyobrażałm, że w Urugwaju ufoludki mieszkają, że tam ludzie nie mają hipermarketów, nie kupują, nie jedzą, nie pracują ?? Że co to w ogóle za miejsce? Zbyt odległe, gdzieś tam ograniczone politycznie...
Często siebie zdumiewam, lecz częściej zdumiewa mnie myśl, że świat jest przecież ogromny,  że są nas miliardy i niby się różnimy kulturowo ( pomijam oczywiste różnice indywidualne), ale koniec końców jesteśmy tacy sami.
 Rządzą nami te same, uniwersalne prawa biologii, fizyki, kosmosu -  a wsród nich to najbardziej niezrozumiałe i cudne prawo - miłości. Każdy (prawie) się zakochuje i ów proces zwykł przebiegać u wszystkich jednakowo, przynajmniej na starcie, biorąc pod uwagę działanie etylofenyloaminy i cała tą chemię.
     Tytułowy Gruby jest ochroniarzem w hipermarkecie. Lubi pogryzać wafelki i klika sobie dżojstikiem, w lewo, w prawo, klatka po klatce, wskakuje w życie między regałami. Zanim na salony wproszą się konsumenci, gęsiego wjeżdzają nań panie od konserwacji powierzchni płaskich. Gruby pewnego dnia przygląda się sytuacji, która odmieni jego życie i zaburzy tryb wchłaniania. Spodoba mu się Julia, która popłynie z mopem w morzu towarów. 
Julka, jak się później okazuje, preferuje cięzkie brzmienie (jak Gruby), jest pogodna, mało mówi (jak Gruby), śmieje sie na horrorach i w ogóle taka bezpretensjonalna jest (jak Gruby).
Gruby jednak ma opory przed bezpośrednim zagajeniem, jest wstydliwy i zakompleksiony. Dodatkowo nagle zaczyna pękać twarda skorupa ochronna jego mikro świata i jest onieśmielony nową perspektywą. Onieśmielony ale i bardzo ciekawy. Ba!
 Gruby dziewczynę śledzi i w taki właśnie sposób ją poznaje. Spokojna głowa, jest normalny i widać jak na dłoni, że choć zatriumfowały hormony, to fatalne zauroczenie jest mu odległe na miliony lat świetlnych. On spaceruje za głosem serca, za Julią.
 Ostatecznie wszystko ma sympatyczny finał i czujemy, że będzie dobrze:)

Film ujmuje prostotą. Najwięcej się dzieje poza słowami, bo tak jest zawsze. Miłość wyziera z oczu i gestów najbardziej, słów tu naparstek.
Poskąpiono niespodziewanych zwrotów akcji, restauracji, randek w blasku księżyca, dialogów dopracowanych i jakże błyskotliwych. Tak błyskotliwych, że aż niemożliwych. Wszystko zmierza ku celu naturalną koleją rzeczy.
 Love story niekoniecznie jest poezją , ale zwykle urokliwą prozą:)
Ta historia jest prawdopodobna
dlatego
Polecam!

wtorek, 11 stycznia 2011

Jak zostałam prawie wykończona

Źle sie dzieje w państwie duńskim...łokropnie wręcz.
 Dziś jest światowy dzień pecha!

U strzygi byłam. Pełna opymizmu i zdrowego podejścia szłam.
 Szłam szłam i doszedłszy, wzięłam i usiadłam. Usiadłszy, poddałam się.
 Strzyga moja czasami każe klientom liczyć promile w wydychanym powietrzu i ma głos jak Mann. Ale ja igram z tym. Jestem przyjaźnie nastawiona i posłuszna, kiedy fryc nie tnie po kieszeniach, a w miejscu do tego predystynowanym i robi to zdatnie do życia w aglomeracji, jak sama nazwa wskazuje - znacznie zaludnionej i przypatrującej się.
Tak więc umościłam sie na piankowycm krześle, wzięłam głęboki i uśmiechnięty oddech, tzw. medytacyjny, puściłam oko do lustra i kuknęłam na panią siedzącą obok, która,  jak się ostatecznie okazało, cięła się na "byleby nie było widać".
 No, ja nie miałam szczęścia w kwestii widzenia, bo u mnie wystąpił efekt WOW! tzn. widać, oooj, jak widać! Widać tak, że nic nie widać!
Nic tylko się pociąć, ale pytam, drugi raz??
 Na własną prośbę się tak pokarałam. Nie miałam jeszcze długiego futra, ale już mnie na głowie uwierało, już mnie korciło na wierzchołku, drapało i ciągnęło.
Na co dzień stroszę irokeza, ale teraz to ja rasowy indianin jestem, proszem państwa. Nic to. Zaczynam sie modlić. O matko świętej Hermenegildy od brzytwy, zlituj sę żesz, ześlij pomysła. I myślę, i myślę, boli jak cholera, ale nie ma zmiłuj.
Myślenie się udaje, w końcu każdy tunel ma swoje światełko.
Idę po farbę.  Jest, leży na półce, pośród miliona niepodobnych.
Ładna farba, kolorowa. Cooper Mahogany, nooo, z taką nazwą to przepiękna farba, głowę daje i już!
Wyobrażam sobie, że jak się pokoloruję to nie będzie widać, przynajmniej trochę odwrócę uwagę od długości, a raczej jej braku.

 Obecnie jestem już dziełem skończonym i widać wyraźnie, że poszłam w ciemno. Ogólnie umaszczenie może być, tylko że w takie mroki Mordoru to jeszcze dotąd nie wpadłam, za to jaka myszka Miki na czole! Nooo, tym to się musze pochwalić, zapis w pamiętniku zrobić. Takiej Mimi jeszcze świat nie widział! Gryzonie Disney'a kryjcie się.

no....
Tak, że wygladam nie za ciekawie, a raczej ciekawie ZBYT.
 Nie bójta się, ŻADNYCH zdjęć nie będzie! NO WAY!

Okoliczności równoległe (prawie), pomiar czasu - jakąś godzinę, dwie temu?

Leszek układa puzle w łazience. Przyłada się, nie powiem.
Dzisiaj szlifierką do metalu ciął jakąś blachę, tylko że tarcza (?) była zbyt wielka i wióry leciały, mówi i trafia mnie tym! Bo mowa o nie byle jakich wiórach!
Wióry metalowe, rozżarzone, wtopiły się w płytki, które stały im na drodze.
 A stały cztery, a raczej trzymały się i to dzielnie. Zamieniły się w mgnieniu oka w pieguski, a raczej irysy z makiem, chociaż nie, ostatecznie to wyglądało jakby muchy nasrały.
Z ciężkim młotem, ale musielismy koleżankom podziękować za współpracę na płaszczyźnie.

Sami widzicie włos sie jeży, krótki bo krótki.
Cóż. Odrośnie!
 Remonty też maja swój end, ende, fin, final, konec,fine, slut, lopussa
KONIEC 

piątek, 7 stycznia 2011

dzieła stworzenia

Pod koniec ubiegłego roku było sporo okazji by robić podarunki.
 Sympatii mam wiele dla wielu ludzi, ale paru z nich chciałam coś dać, albo po prostu wylosowałam z foliowego woreczka (wigilia pracownicza i miły zwyczaj "prezentowania się")

 Postanowiłam nie kupować, bo chciałam coś od siebie wręczyć, własnym sumptem zrobić, pomysłodawczynią być.
 Kilka podarunków udało sie obfocić, więc nie zaszkodzi pokazać ;)
Urodziła się m.in.  filcowa sowa (wg tutorialu znalezionego w necie, ale zmodyfikowana i ucharakteryzowana) dla Bożenki. Karciocha i zakładka dla Agnieszki, oraz magnes uszczęśliwiający w pudełku do łapania chwil a'la aparat, dla Mai.
 Sporo kartek światecznych pofrunęło w cztery świata strony, ale zabrakło czasu na upamętnienie przed odlotem.

 Małe rzeczy a cieszyły, przynajmniej w procesie tworzenia.








wiem, dzieciak ze mnie ; P

czwartek, 6 stycznia 2011

I zbaw nas ode złego

Czegoś mi ostatnio brakowało w kinie - prawdziwych, żywcem wyprutych z wnętrza, a nie pomazanych make-up'em  emocji.
Brzmi makabrycznie, ale cenię rzeczy szczere, o niepowtarzalnym charakterze, które powstają z przekonania. Takie rzeczy skrywają moc, zapadają na dugo. W filmach cenię to szczególnie, bo filmy w dużej mierze zastępują mi książki.
Do każdego przemawiają różne środki, forma, obrazy. Rzecz gustu i estetyki...Przewrotnie to zabrzmi, ale nie lubię jak się w kinie ściemnia.
Dlatego obrazki typu.. to nie tak jak myślisz kotku, piesku, żabciu, zdecydowanie nie pokrywają się z moim obszarem zoointeresowań, po drodze mam raczej do "Domu złego" ale umarłabym zostając w nim dłużej;)


 Często mam wrażenie, że aktorzy, szczególnie z grona wzajemnej celebracji, raczą nas wyuczoną serią min przypisanych ludzkim namiętnościom, lękom. W filmie o którym napiszę dostałam talerz sushi - wartościowe, świeże i surowe mięcho.
 "I zbaw nas ode złego" Ole Bornedala wprawił moje obwody w drgania.
Miałam autentyczne dreszcze, co zdarza mi się niezwykle rzadko. Dreszcze nie wynikały ze strachu na widok tasaków, noży i podobnych przyborów, a z przejęcia i serca tłukącego się w obliczu przewrotności ludzkiego losu.
 Film wrze od emocji i możnaby mu zarzucić epatowanie nimi, ale ja potrzebowałam takiego poruszenia.
 Do jakich granic można się posunąć w walce w imię dobra, za niewinność?
Jak delikatne i płynne to są granice. Ile człowiek jest w stanie przyjąć na siebie cierpień? Kiedy pęka tama wytrzymałości, za którą pochłania nas paszcza szaleństwa i chęć odwetu? Niby nic nowatorskiego, kino juz stawiało takie pytania, ale okrasa w postaci ludzkich namiętności jest mocna i ten wymiar zasługuje na pełną uwagę.
 Od strony aktorskiej pokazane jest fenomenalnie jak człowiek zmienia się pod wpływem sytuacji, jak na nie reaguje i podejmuje wybory. Przykładowo Lars, bohater któremu sie nie udało i który cyt. ...stał ostatni w kolejce po sens życia... aktor jak nie on sam, a postać w roli aktora.
Trzeba nie lada talentu, by tchnąć w postać tyle ducha, jaki tylko potrafi nas omotać. Jak dla mnie Mount Everest i Bajkał w jednym.

 W ogóle twarze
Ile na nich wymalowano, a raczej wyostrzono.
Do filmu można się też przyczepić, że jest przerysowany, efekciarski, że ta mała apokalipsa dziejąca sie w zapadłej duńskiej wiosce przepoczwarza sie w krwawą groteskę itp...ale wolę takie chilli, niż galaretę z nóg.


Fabuły nie będę opisywać. Zachecam do przeczytania o tu : http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=51557


Film goraco POLECAM, bo dawno się we mnie tak nie burzyło i myslę, że w niejednym z was się zagotuje ;)