środa, 26 lutego 2014

SAM

Cóż mogę napisać, chyba się zakochuję od nowa i po raz trzeci;) Cudowne uczucie:)


piątek, 21 lutego 2014

przestrój

W słowniku nie znajdziecie, ale istnieje pojęcie - 'strojenia publiczności'. Uświadomienie sobie tego faktu pozwoliło mi wytrwać, acz nie do końca, w pewnym klubie. Zaplanowałam miły, koncertowy wieczór z zespołem, który dotąd trzyma swój skład w tajemnicy.
Weszliśmy w morze ludzi, które szumiało od rozmów i śmiechów, taka barwna mieszanka studencka. Po 10 minutach oczekiwania i lustrowania profili i outfitów stwierdziłam, że się zestarzałam. Po dwudziestu minutach dreptania w miejscu nogi zaczęły mi wchodzić wiadomogdzie, nos ustanowił tymczasowe państwo katar, a oczopląs wzmocnił. Rozejrzawszy się wokół stwierdziłam, że tapety to  szary papier malowany wałkiem i że z nudów można skubać zacieki. Po pół godzinie ścianka była gładziutka, a mnie sie przypomniało, że nie opowiadałam jeszcze Leszkowi o szpitalach w NYC, więc zrelacjonowałam ze szczegółami opowiastkę Stardust (ha ha)
W czterdziestej  minucie pozbyłam korpus swetra i skończyłam piwo. Leszek powoli osiągał próg wszystkomijedności, po czym zakomunikował, że juz całkowicie wyluzował, natomiast we mnie struna naciągnęła się do granic oraz odblokował looper - zaczęłam z przesadą powtarzać, że to już przesada. Duszno, uff, jak duszno. Gdy Lech wybył na chwilę w sprawie pęcherza, zaczęłam dopytywać okoliczne towarzystwo, czy wie co jest grane i czy aby w ogóle dziś. Wszyscy wiedzieli nic, nawet kelnerki zbierające po kątach szklanki miały pustkę w oczach. Wszyscy dostępowali wątpliwej przyjemności uczestniczenia w grze wstępnej na ludzkich nerwach. Pod moimi biodrami kaloryfer cisnął kalorie podgrzewając atmosferę z każdą minutą. W pięćdziesiątej minucie maratonu cierpliwości, usłyszałam od męża łopatologiczną definicję 'strojenia publiczności' - Ravi Shankar, nieżyjący mistrz sitaru, wchodził na scenę i potrafił pół godziny stroić instrument, choć starczyłoby mu kilka minut. Było to ekscytujące oczekiwanie, wchodzenie za artystą w mentalną niszę, którą wkrótce miał wypełnić dźwięk. Ale tu nie było Raviego, nie było brzdąkającej ciszy, tylko tłok z komórkami w dłoniach. Po godzinie i dziesięciu minutach jakieś zakapturzone postaci zaczęły gmerać przy kablach. Miałam ochotę gwizdać. Dopiero po następnych dziesięciu okrążeniach wskazówek, dostrzegłam  białe postaci z lusterkami na twarzach gramolące się na podest - zespół incognito wystartował.
Od tego momentu już nie chce mi się opowiadać. Niby spoko, ale to NIE był Ravi Shankar. To nie było TO. Nie pojawiło sie żadne uczucie ulgi, czy ekscytacji ujętej w słowo NARESZCIE, pozostała goryczka i pozostało sie urwać -po półtorej godzinie oczekiwania i pół godzinie słuchania.

W domu do towarzystwa zaprosiliśmy Lyncha. Siedemdziesięciolatek, ale magik i
człowiek renesansu.





niedziela, 16 lutego 2014

miau czy nie miau

Drę koty wewnętrzne, myśli mnie obłażą jak sierść. Szykuje się nowy domator -śpioch -łobuziak -miaucur. Szykuje, czy nie?
Temat kocięcia ciągnie się od niepamiętnych czasów. Miało być już tyyyle kotów u nas i albo coś stawało na drodze, albo czasem przekornie czekałam...   a może wreszcie panowie napomkną, bo nic tylko ja się łaszę o czwartego, aż wyliniałam po boku.
 Od przeglądania schroniskowych i nie tylko, kocich pyszczków staję się ekspertem. Widać co takiemu z oczu patrzy, albo co może wyleźć. Zwierzęta są jakby na wskroś przeźroczyste, takie w dobrym słowa znaczeniu - nieludzkie. Chyba muszę się postawić przed kotem dokonanym, żeby w końcu przestać hamletyzować - mieć albo nie mieć.
 No .... mieć....     na całe kocie życie.
Ot i jesteśmy w domu, gdyż boję się przywiązać a potem żegnać, bo koty to nie żółwie wszak.
 Już i tak wystarczająco martwię się o dotychczasową kuwetę i filozofuje, z sensem czy bez, że skoro tyle czekamy, jeśli się nie udaje, to znaczy, że jeszcze nie moment.
Z drugiej strony nie pozwalam się temu momentowi zanadto oddalić. Transporter kupiony..heh

mam w domu niepozorna książeczkę
właśnie leży przede mną
i pozwalam sobie spisać

 Mieszkałem z wieloma mistrzami Zen
Wszyscy byli kotami

Samo uważne przyglądanie się zwierzęciu pozwoli ci
wyjść poza swój umysł i przywiedzie cie do chwili obecnej
czyli tam, gdzie przez cały czas żyje zwierzę- bezwarunkowo poddane życiu

 Mimo obaw opłaca się mieć takiego nauczyciela