czwartek, 25 grudnia 2014

Always look on the bright side of Christmas:))

Choć płeć żeńska ma w ten czas prawdziwe urwanie głowy (co starałam się wyrazić zdjęciem) ja mówiąc szczerze - wcale nie. W święta wychodzi każdym kątem moja leniwa natura, która by się tylko kokosiła z książką na kanapie, płaszczyła zad przed komputerem, zajadała, tudzież nie omieszkała z uporem maniaka tulić się, skradać całusy i łasić do domowników jak kotka. Ten czas jest dla mnie przede wszystkim rodzinny i przyjacielski. Nie droczymy się, nie boczymy się, robimy  i wspólnie jemy śniadanko (kanapki prosto z kuchennego blatu umazanego keczupem). Nie ma manier jak z Windsoru bo wrzucamy na jedynkę, żeby sie bez pośpiechu toczyć... Ogólnie jesteśmy mało tradycyjną rodziną jeśli chodzi o 'kościelne' spędzanie świąt. Nie przykładamy wagi do ceremonii, spędzamy ten czas w (s)pokoju, ale i poważnej zadumy nie brak np: jak do cholery pozbyć się tego grzyba za roletą w kuchni. Osobiście nie piekę nic. Żadnych u mnie barszczy, ciast, pierogów robionych przyrodzonymi rękami nie znajdziecie, ewentualnie okruszki i plamy po wiktuałach otrzymanych od dziadków. Osobiście wolę parać się robieniem ozdób świątecznych, większą mam z tego przyjemność.

 Gdzieś na dnie brzucha leży i gniecie troska o przyszły rok, bo w moim przypadku może okazać się cięższy niż ten dobiegający końca.  Ale mam wiarę, nadzieję i miłość na podorędziu. Oby nie było źle.

Życzę sobie kolejnego udanego przeobrażenia w coś jeszcze lepszego.
Przydałoby się też więcej gotówki;)

 Życzę niezmiennie na te Świeta i na zawsze, Wszystkim bez różnicy - MIŁOŚCI!:)


sobota, 6 grudnia 2014

paradoks

Drodzy wędrownicy w czasie i przestrzeni...przybywam. Przybywam w kilku słowach które wykaligrafowało we mnie jedno zdjęcie. Zdjęcie z tekstem, który być może obił się wam o oczy gdzieś, kiedyś, w innej formie. Jest to konstatacja na temat naszych czasów, tego co  nasza cywilizacja zdobyła i tego co zostało jej odebrane przez te zdobycze - innymi słowy paradoks naszego wieku. Ten plakat sfotografowała (chyba niedawno) pewna moja koleżanka z czasu studiów, która jeździ po świecie. Ona jeździ, ja gniję w jednym miejscu (ot dygresja niedowartościowanego człeka, który ma cięzki dzień za sobą) Wracając do zapisu z okolic Himalajów, czyż to nie kwintesencja! proszę oto ona, żywcem z fejsbuka ściągnięta:


najbardziej poruszyło mnie ostanie zdanie Dalai Lamy - Nastały czasy, kiedy wiele wystawiamy w oknach, ale nasze pokoje sa puste. Czasy na pokaz - afiszowanie się zdobyczami , które nas wyjaławiają. Chwalimy się osiągnięciami, które mają ciemna stronę, bo tak naprawdę nam szkodzą.
Sama ulegam pokusom naszych czasów, nie jestem kontestatorem pełną gębą. Nie pikietuję, nie należę, nie udzielam się, ale sie zgadzam, bo trudno zaprzeczać faktom. Rzeczy tego świata są nadpsute..

sobota, 1 listopada 2014

Nie bój się ponieść porażki, bój się raczej zaniechać próby

 

       Na tvp kultura było dziś bardzo naturalnie.
 Przenieśli nas na dziewiczą plażę i zielony tropik gdzieś na wybrzeżu Brazylii. Żyje tam niejaka Danna Arabahiana i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że od 10 lat mieszka sama i wyrażając się kolokwialnie - sama sobie rzepkę skrobie, a  raczej obiera mango.
   Danna jest malarką, życie na łonie natury skłania ją do całkowitej samodzielności. Sama więc waży  olej kokosowy, sprzedaje suszone wiórki, robi placki z utartej przez siebie mąki, przyrządza farby którymi maluje itp itd. Nie jest totalną outsiderką, od czasu  do czasu nawiedza ludzi których lubi, komunikuje się ze światem, ma telefon, słucha muzyki zasilanej energią z panelu słonecznego....

U zarania jej decyzji leży ( i tu nie będzie niespodzianki) chęć bycia integralną istotą, a nie fragmentem wykalkulowanego systemu, jak odbiera miasto i tzw cywilizowany świat.
 Wiadomo, że z kultury wiele można zaczerpnąć, ale grunt, by ta wiedza miała sensowne podstawy i założenia. Nie powinno się zupełnie odciąć, ale nie też wolno stać się bezwolną ofiarą sztucznie wykreowanych potrzeb.
 Prawda leży u korzeni, nie tworzy się jej. Nie jest imaginacją, jest dana z natury.



Zaintrygował mnie tytuł filmu - 'Galumphing'
W wolnym tłumaczeniu jest to trudna, chaotyczna, pełna niespodzianek droga jaką  się wybiera , ale cały balast odpowiedzialności i niemożliwych do przewidzenia kolei losu staje się w równym stopniu wyzwaniem i dobrą zabawą. Chodzi o umiejętność bycia szczęśliwym gdy pada deszcz i gdy świeci słońce,  takie proste survivalowe carpe diem.
    Bohaterka wcale nie ukrywa, że nie jest łatwo, że sielanka pośród zieleni jest okupiona zmęczeniem i chwilami zwątpienia. Jej sylwetka to rzeźba natury, smukłe mięśnie ciosane fizyczną pracą, dotleniane wieczorną jogą nad urwiskiem. Danna mówi, że każdy potrzebuje kuksańca, bo wtedy można zaznać szczęścia z pozoru błahych powodów.




czwartek, 16 października 2014

Pani sytuacji

Uczyniłam swoje życie filmem - rzekła aktorka ze spalonego teatru i przyczerniła brwi węglem.

     Seriale mogą być inspirujące, albo inaczej, jak się nimi przesiąknie (od uporczywego oglądania) istnieje ryzyko nabycia pewnych cech bohatera, albo iluzja, że się je posiadło.
Lubie patrzeć jak ludzką psychikę rozszyfrowuje  Patrick Jane. Patrik w filmie gra rolę mentalisty,
 w przyblizeniu osoby o niezwykłej przenikliwości umysłu.W słowniku tego pojęcia nie znalazłam, ale specjalisci ds. przeswietlania cudzych mysli ponoć istnieją. Podobno można się tego nauczyć, tylko trzeba posiedzieć setki godzin w psychologii, zaczytywać z przyjemnośią w mowie ciała, wpływie na innych itp. Biblioteka na temat jest obszerna, znalazłam jeden przykład o tutaj  i może jeszcze tu . Z gruntu jednak wiem, że lepiej się takim urodzić (np jak bohater - w cyrku he he) albo ćwiczyć od małego na kolegach z podwórka.
 "Mentalista"ponad to, że jest serialem ciekawym, który się ogląda z przyjemnością,  jest też taką bajką Ezopa, bo uwrażliwia i  delikatnie wybudza intuicję. Sprawia, że chce się patrzeć uważniej i dostrzegać więcej subtelnych sygnałów z otoczenia i stawać się 'myśloczytaczem'.
 Tak się dziwnie splotło, że oglądając ten serial stałam się ofiarą drobnego donosicielstwa i nieżyczliwości w pracy, co mnie nieco rozchwiało.
Dotąd kroczyłam utartą ścieżka ufności w brak złych zamiarów ze strony ludzkości...sesese...Kłamstwo przez duże Kł-y.
Wiem, że niektórzy ludzie nie popuszczą, tak silny mają zwieracz, a dodatkowo parcie na chlew i podkładanie świnek, tudzież od piaskownicy wdrażają się w kopanie dołków i tunelów.  Myślałam jednak, że mnie to nie dotyczy, że zostanie mi odpuszczone jako i ja innym odpuszczam. Komu by się chciało? a jednak.
Podpatrywanie Patrika J. w akcji sprawiło, że moja złość (na kreta w pracy) podbarwiła się chytrym uśmieszkiem. Emocje z lekka opadły, więc nie wnikam w szczegóły zdarzenia, idę dalej.



sobota, 27 września 2014

odchwaszczanie doraźne, bez widoków dalekosieżnych

Uschło blogowe poletko. Trzeba sie przedzierać przez chaszcze czasu i zapomnianych dni.
Tydzień za tygodniem leci ciurkiem, przystaje tylko wtedy kiedy dopada mnie myśl o tej ciągłej zmianie wszechrzeczy, o ustawicznym przekształcaniu krajobrazu życia. Jejku, jaki patos.
 Igor sie zpierwszoklasił. Na razie leniwie, bez napinki, aczkolwiek matematykę już uznał za ulubioną, a religie i w-f ulokował na szarym końcu. Szkoła dotychczas nie przysparza kłopotów, co inne tak. Tata mój mizernieje już półtora miesiąca w szpitalu. Ciężka sprawa, właściwie w tych okolicach moje serce najszybciej bije, a sen nie przychodzi na dobranoc. Namacalny obraz przemijania w ciele bliskiego człowieka, który dysponując godzinami bezczynnego czasu  zaczął liczyć myśli i spostrzeżenia (więc jednak czynność istnieje  - kartezjańska) Ostanio przez telefon powiedział mi, że na świecie panuje równowaga. Zgodziłam sie  z nim, ale nie przestudNiowałam tematu. Przestudniować problem znaczy go zgłębić heh. Raczej jestem powierzchowna, tak, jestem taka.
Kiedyś nawet pomyslałam, że wszystkie wpisy na blogu ( te, wiecie, niby intelektualne) nie dobijały sedna, a były balonikiem wypełnionym helem - śmieszne i nadęte.


Bez kota nie jestem juz sobą;) Kota traktuje jak dziecko. Jest we mnie podobny niepokój jak matki o potomstwo, stwierdzam przeto że istnieje kocierzyństwo. Sam-Julian jest cudownym kawałkiem osierścionego mięska, zjadłabym.


Nie wiem co pisać
na razie



sobota, 12 lipca 2014

Niecierpię się opalać, niecierpię upałów...kocham lato

Zabawa w ulubione słowa? Jedno z moich faworytów - lato, krótkie, nieskomplikowane, łyse. Nagrzana słońcem czaszka podbarwiona różem opalenizny, takie sobie skojarzenie, ale słowo ok.
 Lato lipcowe spędzam w betonie, sierpniowe nadmorsko. Ulubione słowo wybrzmiewa obecnie beze mnie, dlatego zazdroszczę jak dziecko dzieciom wakacji. Słowo urlop jest nawleczone z koralików, które nagle wymykają się nitce, ale mają jeszcze czas by poskakać po podłodze zanim znikną z pola widzenia. Skaczę wraz z nimi.

Latem całą trójką mamy urodziny. To takie miłe i takie deprymujące jednocześnie (przynajmniej dla dorosłej części) Z roku na rok staję się bardziej miękka, pod każdym względem. Dziś urodziny naszego jedynaka, dziecka w skarpetkach. Dziecka, które jest dla mnie niewyczerpanym źródłem abstrakcji i inspiracji. Małego człowieka orkiestrę, któremu usta się nie zamykają, ale nogi zawsze są opakowane, chyba że czas na kąpiel. Będąc małolatą panicznie bałam się drzazg, dlatego w szkole (w pewnym okresie czasu) siedziałam na podręcznikach, a łokcie trzymałam w powietrzu, żeby mi coś przypadkiem nie zalazło za skórę, poza wrednymi koleżankami z klasy. Mój malec jest właścicielem wrażliwych stóp, zamiast skarpetek ukoić go może tylko krem na pięty..i na noc. Ale każdy jakieś hobby ma.

Znakiem naszych czasów są ludzie winogrona, choć preferuję rodzynki. Wolę tych pomarszczonych, osnutych pajęczyną czasu ludzików, którzy kryją w sobie kwintesencję smaków życia. Tylko z rzadka ich widuję, pokryli się w domach starości, odliczają. Kiedy tylko pojawiają się w polu widzenia rodzynki przyglądam się z niemym zachwytem, choć trzeba przecież powiedzieć dzień dobry. Widzę, że  'dobry'  już nie za bardzo. Ręce drżą, oczy szklą, trzeba pomóc otworzyć torebkę, umysł nieraz. Wchodzę w ich skórę i czuję to brzemię mijającego życia.
 Echart Tolle, mój zapomniany mentor, napisał, że przez ludzi starych prześwituje prawda, że są naszym łącznikiem z zaświatami.
No, oni jakby żyją w zaświatach, bo rzeczy teraz są inne, zupełnie obce i dalekie temu, co u kresu.
Lepką skórką nie brudzi się lśniących stronic pism, teraz sie po nich przetacza jędrnymi pośladkami. Pewnie dlatego nie kupuje, nie czytam.


Godzina 22.00. W Hucie biją na alarm - do domu mężczyźni z żelaza, mecz czeka, sprawdźcie swoje stalowe nerwy.
 W Brazylii włączają się do walki na okrągło.
 Leszek wybył oglądać to zjawisko  w męskim gronie. Cóż, uśpię solenizanta i popatrzę na domek z kart. Niby serial o polityce i nie do końca byłam przekonana, ale dałam się wciągnąć w te niejednoznaczności.  Mowa o 'House of cards"

Czas umyć zęby:)
jak to mówią Holendrzy
Czuuus

sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołych!! przede wszystkim Wesołych!

Zające wielkanocne są różne .
 Nasz wprawia w bardzo dobry humor;)
Miejcie się dobrze, jedzcie dużo jaj i chrzańcie wszystkie głupoty.
Zuśmiechem pozdrawiam powyższe życząc!
Śniadanie wielkanocne będzie na kocu, na trawie, na wsi.. dokładnie w tej kolejnosci..najlepszości!!
;DD




poniedziałek, 24 marca 2014

o żesz...

Wybaczam nawet mężowi, że się gapczy. Gapcze się i ja. Czyż ona nie jest ...no, niech każdy sobie dopisze i dopowie. Beyonce musi się nagimnastykować czekoladowym (pięknym!) ciałem. Ta Krystyna nie musi uczyć się skomplikowanych choreografii. Ma to Coś i jeszcze więcej.


czwartek, 20 marca 2014

....

Miewam czasem irracjonalne wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Wchodzę do tramwaju a ludzie wbijają wzrok w moje buty z różową podeszwą, komentują powykręcaną fryzurę i lwią zmarszczkę między brwiami. Okalam wzrokiem wszystko i  krzyczę w środku - nie patrzcie tak, nie macie szyb, miasto jest brzydsze ode mnie.
Chore oskarżenia paranoika, bo  nikt na mnie nie patrzy i każdy zatroskany jest sobą.
 Z wiosna, taką już pełną gębą, się otrząśniemy i będziemy cieszyć. Będziemy na siebie patrzeć i wciskać paluszki w nabrzmiałe śmiechem  policzki.

Teraz jeszcze nie jest za dobrze, jeszcze kubek z kawą gorzką od pretensji do tej siódmej kosteczki czekolady, która chytrze mnie nadziała słodką śliwką. Ale gleba już mięknie, choć kiełkują w niej niedojrzałe myśli, nieprzywykłe i obolałe od napierającego życia. Boli to odradzanie.
Bolą mnie ręce w niepodkasanych rękawach, ziejąca pustka w głowie i niepewność oczekiwania. Oczekiwania na nie wiadomo co, jak i na rzeczy, zdawać by się mogło, przesądzone.

Czekam aż kot się wyrzyga (nazwijmy rzecz po imieniu) Czuwałam w nocy i teraz, ale na 'zwrot akcji' się nie zapowiada. Weterynarz ostrzegł, że po podaniu tabletki odrobaczającej takiej reakcji należy się spodziewać i jest to normalne.
Kot reaguje niestandardowo i zastanawia mnie, czy zadziałało, czy coś jednak poszło nie tak?
Pewnie skoro każdy jest inny, to i reaguje inaczej, w tym czworonóg.
 Im dłużej żyję, tym skrzętniej oliwię pancerz ochronny, przed tzw. opinią publiczną i prawdom ogólnie przyjętym. Należy zrobić to, bo wypada , bo się doigrasz, bo bój się boga. Jak zrobisz to i tamto na pewno stanie sie siamto. Uwagi i wykrzykniki powbijane w ziemie jak dzidy. Ciągle przed tym i owym ostrzegają, uczulają. W tramwajach straszą lekarzami, kredytami, bankami i czasami wydaje się, ze ludziom brakuje zdrowego rozsądku, że się dają opętać czarnowidztwem wszelakim.

Odkąd mamy stworzenie, jest łagodniej.
Igor sie oswoił, już podchodzi i podnosi, lubi się mierzyć sam ze sobą i z ciężarem Juliana;) Dystans się zmniejsza, jest więcej tulenia i zabaw.
 Czasem mam uczucie, jakby nam sie kolejne dziecko urodziło.



środa, 12 marca 2014

porównania są ok

Kot tysiąca imion w końcu został ochrzczony. Ania Mucha ponoć czekała miesiąc z nadaniem imienia synowi, a u nas kwestia wyklarowała się ot, w dziesięć dni;) W czekaniu i obserwowaniu jest metoda. Przedstawiałam Wam kota Sama, który ostatecznie ewoluował w króla Juliana ze względów porównawczych. Gdyby ktoś nie wiedział kto zacz, odsyłam do pingwinów z Madagaskaru.
Tak, że Julek pałęta się między nogami szczególnie w kierunku lodówki (it's the best), a odkąd  poleruje sierścią łydki, budzę się rano z zatkanym nosem, czasem skóra zaswędzi, oczy zapieką ..ale nic to.. Ogólnie sytuacja jest rozwojowa i jestem na etapie autosugestii, że kto jak kto, ale JA na pewno nie mam alergii.
Koci luz mi odpowiada. Jeśli chodzi o inne odpowiadanie, np. werbalne, to Julian nie miauczy tylko grucha jak dziecko, za to ochoczo włącza wentylator (jak mówi mój synek) i tworzy się niezła klima. Głaskanie, leżenie na kolanach, obok kolan, tulenie do karku, wywołuje napad wibracji na niespotykaną skalę. To  mruczando jest dla mnie miłą niespodzianką, bo kot moich rodziców tak nie potrafi. W związku z masową produkcją zdjęć stwierdzam jeszcze jeden fakt, nasza mas-kotka jest modelem.W bliskości migawki reaguje jak beton - zastyga. Myślę, że się nie boi, gdyż wiałby gdzie popadnie. Julian nie wieje nigdzie, to Chuck Norris w futrze. Wczoraj w nocy pacnął mnie w rękę i zaprosił na tete a tete w blasku księżyca, mruczał do ucha i znowu się oczy zaszkliły....bo któż zwraca uwagę na międzygatunkowe czułostki w obliczu ogromu kosmosu.

Choć Julian po prawicy poskąpił uśmiechu przekaz jest czytelny -musicie wyluzować człowieki


 no i jeszcze sztama, czyli przybij łapkę



środa, 26 lutego 2014

SAM

Cóż mogę napisać, chyba się zakochuję od nowa i po raz trzeci;) Cudowne uczucie:)


piątek, 21 lutego 2014

przestrój

W słowniku nie znajdziecie, ale istnieje pojęcie - 'strojenia publiczności'. Uświadomienie sobie tego faktu pozwoliło mi wytrwać, acz nie do końca, w pewnym klubie. Zaplanowałam miły, koncertowy wieczór z zespołem, który dotąd trzyma swój skład w tajemnicy.
Weszliśmy w morze ludzi, które szumiało od rozmów i śmiechów, taka barwna mieszanka studencka. Po 10 minutach oczekiwania i lustrowania profili i outfitów stwierdziłam, że się zestarzałam. Po dwudziestu minutach dreptania w miejscu nogi zaczęły mi wchodzić wiadomogdzie, nos ustanowił tymczasowe państwo katar, a oczopląs wzmocnił. Rozejrzawszy się wokół stwierdziłam, że tapety to  szary papier malowany wałkiem i że z nudów można skubać zacieki. Po pół godzinie ścianka była gładziutka, a mnie sie przypomniało, że nie opowiadałam jeszcze Leszkowi o szpitalach w NYC, więc zrelacjonowałam ze szczegółami opowiastkę Stardust (ha ha)
W czterdziestej  minucie pozbyłam korpus swetra i skończyłam piwo. Leszek powoli osiągał próg wszystkomijedności, po czym zakomunikował, że juz całkowicie wyluzował, natomiast we mnie struna naciągnęła się do granic oraz odblokował looper - zaczęłam z przesadą powtarzać, że to już przesada. Duszno, uff, jak duszno. Gdy Lech wybył na chwilę w sprawie pęcherza, zaczęłam dopytywać okoliczne towarzystwo, czy wie co jest grane i czy aby w ogóle dziś. Wszyscy wiedzieli nic, nawet kelnerki zbierające po kątach szklanki miały pustkę w oczach. Wszyscy dostępowali wątpliwej przyjemności uczestniczenia w grze wstępnej na ludzkich nerwach. Pod moimi biodrami kaloryfer cisnął kalorie podgrzewając atmosferę z każdą minutą. W pięćdziesiątej minucie maratonu cierpliwości, usłyszałam od męża łopatologiczną definicję 'strojenia publiczności' - Ravi Shankar, nieżyjący mistrz sitaru, wchodził na scenę i potrafił pół godziny stroić instrument, choć starczyłoby mu kilka minut. Było to ekscytujące oczekiwanie, wchodzenie za artystą w mentalną niszę, którą wkrótce miał wypełnić dźwięk. Ale tu nie było Raviego, nie było brzdąkającej ciszy, tylko tłok z komórkami w dłoniach. Po godzinie i dziesięciu minutach jakieś zakapturzone postaci zaczęły gmerać przy kablach. Miałam ochotę gwizdać. Dopiero po następnych dziesięciu okrążeniach wskazówek, dostrzegłam  białe postaci z lusterkami na twarzach gramolące się na podest - zespół incognito wystartował.
Od tego momentu już nie chce mi się opowiadać. Niby spoko, ale to NIE był Ravi Shankar. To nie było TO. Nie pojawiło sie żadne uczucie ulgi, czy ekscytacji ujętej w słowo NARESZCIE, pozostała goryczka i pozostało sie urwać -po półtorej godzinie oczekiwania i pół godzinie słuchania.

W domu do towarzystwa zaprosiliśmy Lyncha. Siedemdziesięciolatek, ale magik i
człowiek renesansu.





niedziela, 16 lutego 2014

miau czy nie miau

Drę koty wewnętrzne, myśli mnie obłażą jak sierść. Szykuje się nowy domator -śpioch -łobuziak -miaucur. Szykuje, czy nie?
Temat kocięcia ciągnie się od niepamiętnych czasów. Miało być już tyyyle kotów u nas i albo coś stawało na drodze, albo czasem przekornie czekałam...   a może wreszcie panowie napomkną, bo nic tylko ja się łaszę o czwartego, aż wyliniałam po boku.
 Od przeglądania schroniskowych i nie tylko, kocich pyszczków staję się ekspertem. Widać co takiemu z oczu patrzy, albo co może wyleźć. Zwierzęta są jakby na wskroś przeźroczyste, takie w dobrym słowa znaczeniu - nieludzkie. Chyba muszę się postawić przed kotem dokonanym, żeby w końcu przestać hamletyzować - mieć albo nie mieć.
 No .... mieć....     na całe kocie życie.
Ot i jesteśmy w domu, gdyż boję się przywiązać a potem żegnać, bo koty to nie żółwie wszak.
 Już i tak wystarczająco martwię się o dotychczasową kuwetę i filozofuje, z sensem czy bez, że skoro tyle czekamy, jeśli się nie udaje, to znaczy, że jeszcze nie moment.
Z drugiej strony nie pozwalam się temu momentowi zanadto oddalić. Transporter kupiony..heh

mam w domu niepozorna książeczkę
właśnie leży przede mną
i pozwalam sobie spisać

 Mieszkałem z wieloma mistrzami Zen
Wszyscy byli kotami

Samo uważne przyglądanie się zwierzęciu pozwoli ci
wyjść poza swój umysł i przywiedzie cie do chwili obecnej
czyli tam, gdzie przez cały czas żyje zwierzę- bezwarunkowo poddane życiu

 Mimo obaw opłaca się mieć takiego nauczyciela


wtorek, 14 stycznia 2014

Stara Słaboniowa i spiekładuchy

Ostatnio kumpluję się ze staruszką, nie zawsze rozumiem jej mowę, ale lubię zachodzić, to znaczy odwiedzać. Tylko, że babcia się już kończy, ubywa jej, a szkoda się żegnać, naprawdę.
Jeszcze tylko kilkanaście stron walki z wszelkim opętaniem. Dlatego sączę jej mądrości  jak harbatę z minty i pomalućku rozpuszczam betonową skorupę 'miastowości'. Chce mi się wierzyć w te kikimory;)
Łykam prawdę, że mądrość i wiedza niekoniecznie musi być oxfordzka, to życie z dnia na dzień wyczarowuje pojęcie o świecie. To pojęcie ściśle wiąże się z intuicją, co wykluwa się w opłotkach, przy rozżarzonych piecach, pod sznurami zasuszonych grzybów, przy stole, w nieruchomym świetle księżyca. Trzeba ją tylko wytrwale ubijać, jak śmietanę, a wnet rozwiązywanie zagadek i innych zagwozdek pójdzie jak po maśle.
 Czytanie o dyjabłach, zmorach, południcach w języku zrodzonym pod strzechą, ha, czary jakieś.
Polecam Słaboniową!

- Zośka, dyć nie myśl, że czego ty nie widzisz, to tego ni ma. Na świecie takie rzeczy sum, co doktorom sie nie śniły ani, jak to gadajo, filuzofum tyż ni. A tyś nie profesur, ani filuzof, aa?
  -Wy to Słaboniowo, zawsze tak zakręcicie, że człowiek sam nie wie, w co wierzyć, i widzi rzeczy których nie ma.