niedziela, 30 grudnia 2012

najpewniejszą rzeczą w życiu jest ciągła zmiana:)

Chłopaki składają tira z klocków. Mozolna to praca, nie ma co.
Prosta niby układanka, a wymaga skupienia i dostrzeżenia detali w stożkowatym usypisku. Mnóstwo ukrytych elementów, które trzeba znaleźć, by stworzyć całość jak z obrazka.
 Patrzę na nich z ukosa i zastanawiam się czy z tych wszystkich, prawie 365 dni, udało nam się znowu zbudować coś co działa, jest stabilne, cieszy oko i będzie miało ciąg dalszy? Tak - myślę sobie. Wspólnie się udało. Osobiście nawaliłam na pewnych frontach i w pojedynkę dźwigam walizeczkę wyrzutów sumienia, ale to moja dola, nie rzutująca zbytnio na całość.

Patrzę na Igora. Pomijając chwile, kiedy mydło wpadnie mu do oka, albo wyrżnie o podłogę, stwierdzam, że mam naprawdę radosne i szczęśliwe dziecko.
Nie wydaje mi się przecież. Widzę roziskrzone oczy, uśmiech z rzadka schodzący, uprzejmość i serdeczny, dziecięcy gest. Jak tu myśleć cokolwiek innego?
Patrzę na męża (on niech tego nie czyta, bo mógłby się zawstydzić cy cuś;)  i dziękuję bogu za tego człowieka. Kurka, no kłócimy się, nieraz ciskamy w siebie piorunami, szturchamy niewygodnym słowem, bywa... bo ogień i woda..bo życie...bo  bo bo... Nie bez kozery stwierdzam, że to ja najczęściej podpalam lont, ale mieć w drużynie strażaka-stoika, który ma wystarczająco cierpliwości i w porę potrafi przydepnąć syczącą iskrę - to skarb. Przy nim pokornieję.

Gdyby ogarnąć ten rok, to nie wydarzyło się nic wielkiego, a jednak naprodukowało się sporo niepozornego lepiku, który nas wzmocnił.  Wydarzały się proste rzeczy, przemykały uśmiechy, robiły wspólne posiłki, wybrzmiewały rozmowy...co tu dużo pisać.
Powtarzalność, rutyna, niekoniecznie musi pójść na straty, każdy, najzwyklejszy dzień nakładający się na siebie, w jakiś sposób buduje. Nawet w poczuciu, że zalewa was beton rutyny, nie bójcie się odnajdywać  pęcherzyków świeżego powietrza, to może być zwykły-niezwykły buziak :) 
 Nie czuję się ogołocona z rewelacyjnych rzeczy, które mogły się wydarzyć, gdybym tylko.
 Może przyszły rok (jeśli sobie mocno postanowię) będzie bardziej ekscytujący, a na razie wystarczy że chcę,  dalej i z nimi, prostą i jednostajnie dopełniającą się drogą.


tik-tak tik-tak
za wskazówką pomyka szereg pytajników...



troszeczkę jestem zboczona numerologicznie, horoskopowo i tym podobnie;) Jest to zboczenie nie tak skrajne i raczej dyktowane ciekawością

 Co my tu mamy?
2+0+1+3...a to się = 6


2013 rok to numerologiczna „szóstka”, archetypowo ma związek z rodziną, miłością i równowagą. Pod egidą tej wibracji przebiegać będą różne zdarzenia tego roku.
Dla świata to czas zacieśniania różnorakich więzi, zarówno politycznych, jak i społecznych, dążenie do spokoju, opanowania, a także skupienia się na podstawowej komórce, jaką jest rodzina. Poszczególne państwa więcej uwagi będą poświęcały człowiekowi, jego środowisku naturalnemu, sprawom socjalnym, edukacji i sztuce.
Przede wszystkim tendencją tego roku będzie potrzeba osiągnięcia równowagi we wszystkich dziedzinach życia


Wszystkiego najlepszego w nowym roku !!:)

wtorek, 25 grudnia 2012

wesołe święta

 w niedźwiedzich skarpetach w norweskie iksy, ze świetlistą lampką wina, całkowicie niewinna
 wypoczęta, choć z poczuciem wątroby, uchachana,
 pozdrawiam i ślę beczkę śmiechu
Igor dostał zabawkę, której instrukcja obsługi jest dla mnie świąteczną bombką.
 Lepsza niż rozmowy 'po helu'. Brzmi jak instrukcja tajnego stowarzyszenia wolnomularzy, spisana zaraz po wypiciu baniaka pitnego miodu.

ekhmm...

kulki spadające
celem gry:

Każdy z graczy wybiera kulki dla ich kijami. Oni włożyć wszystkie laski przez rurkę, a następnie wlać kulki w górnej części rurki. Następnie każdy z graczy zaczyna się usunąć jej się przywiązanym jedną. Uważaj żeby nie upuścić do spadku.

;D

Gra wbrew regułom z zasady bez, więc m
y ich wybraliśmy dziś kijami dla rurki. On wlał kulki na kije by nie upuścić w dół. Przywiązanie do zabawy było i śmiechu nie miara co.



poniedziałek, 24 grudnia 2012

piątek, 21 grudnia 2012

otwarci inaczej

Czytając blogi po angielsku pisane, nawet sporo rozumiem i jeszcze nie trafiłam (może mało zagraniczna jestem) na bloga malkontenta. Tam zawsze, albo w przeważającej części wszyscy są happy, wklejają tęczowe zdjęcia, superaśne linki. Raczej nikt nie wnika w swoje stany emocjonalne, nie kontempluje deszczu w trzydziestu wersach, ewentualnie wklei tego deszczu zdjęcie jak z bajki.
 Albo mi się wydaje, że Polacy są bardziej z krwi i kości, albo nie przywykłam do permanentnego zachwytu nad życiem podpartego gotowym tutorialem np. robimy czaderską imprezkę dla dzieciaczków, nakładamy im na łebki filuterne kapelutki i pstrykamy focie.
Może być tak, że przypadkowo trafiam na gotowce szczęścia, bo za tą granicą zachodnią pewnie też miewają w sąsiedztwie z górami radości, doliny smutku, ale, czy mi się tylko wydaje - nie lubią o tym pisać, nie potrzebują?
W sumie po co, a z drugiej strony, czy te doliny nie są prawdziwsze?
 My to się przynajmniej nie boimy, wychylamy z własnych dołków.
 Skądinąd odnajduję w tym wszystkim wyważona kładkę, którą sobie tuptam, w jednym ręku ciasteczko, w drugiej mocna herbata. Mnogość tego wszystkiego  powala na kolana, oczy nie nadążają, trzeba się skupić by dotknąć znaczenia słów...a będzie tego więcej i więcej.

czwartek, 20 grudnia 2012

...

Izba przyjęć na ostrym dyżurze to gotowy scenariusz na dramat społeczny, tudzież thriller psychologiczny w którym wszyscy uczestnicy nie mają pojęcia co się za chwilę stanie i nikt raczej nie chce tego oglądać.
Kiedy trzeba nadstawiać tyłek pod zastrzyk, a obok smacznie, z obłoczkiem piany w kąciku ust, śpi bezdomny święty Mikołaj - kloszard z siwą brodą bez świadomości licznych odmrożeń, w  korytarzu zamroczony kibol, który co rusz próbuje wstawać i rozbija sobie łuk brwiowy, wylewa ocean krwi i prawie robi pod siebie, pan z dusznicą, stuletnia babcia błagająca o powrót do domu, pustego domu, bo z synem, niedorozwiniętym, daremny kontakt... no i na marginesie ja - starająca się nie ruszać, by ból w lędźwiach nie wycisnął z ust krzyku, a zęby nie rozszarpały rękawa. W tym fizycznym zniewoleniu błąkały się myśli i prośba słana za szpitalne mury, by zawsze był ktoś koło mnie, by nigdy nie być samotnym..i jeszcze jedna refleksja, trochę na przekór tej pierwszej, by jednak zaakceptować, nie walczyć z tym co się w danej chwili dzieje.

Teraz wysiaduję w domu i łykam prochy. Dyski wracają na miejsce między kręgi, powoli odzyskuję pion. Jest lepiej.

Nie przeciążajcie się, oszczędzajcie się.
 Mierzcie zamiar podług sił.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

nic takiego, nic wielkiego

Skrawek czasu przyszył się do mnie o poranku. Piszę, ale stanowczo pisanie na blogu zabiera cały ten skrawek, bo słowa się długo myślą, zanim się spiszą.
Za oknem podwójne paskudztwo, roztopy i kropy, a kropy na szybie i przyjdzie je zmywać.
Plan poranka mam taki - robię czystki, wpierw wymachuję ścierką, a potem wyprowadzam słonia na salony, niech pochłonie kilkudniowy opad sił i resztek energii. Uśmiecham się i szczerze?....mi się nie chce.


 zwyczajowy przerost formy nad treścią, brak rewelacji zawarty w kilku zdaniach
 a życie się żyje, wypełnia się ... nawet w tym banalnym kurodomowieniu.



W dalszych planach na przyszłość mam wstąpienie do kwiaciarni, do biblioteki, do sklepów, a następnie do przedszkola po mojego życia sens.
Wcale nie narzekam, choć wczoraj bezgłośnie westchnęłam....bo kuzyn spędza święta i sylwestra w Argentynie, a ja nawet nie w Zakopanem.

Marzy nam się taki kocurek
mmm...misiula:)



wtorek, 4 grudnia 2012

sen o taksówce i inne marzenia ściętej głowy

Przedstawienia autobusowe są iście dramatyczne, dziś byłam świadkiem.... gość wyrwał z autobusu prawie po trupie kontrolera, który go w ostatniej chwili łapnął za czapkę. Tym fantem pozostało jedynie pomachać uciekinierowi na pożegnanie .
  Nie cierpię poszturchiwanek na lini kontroler-frajer, tym razem nadmiar stresu wykiełkował na paragonie.
 Można wierszoklecić na sklepowym kwitku i w oparach spalin?


miałeś chamie czapkę z pumy, lecz wolałeś zrzec się dumy
i wyrwałeś się z potrzasku autobusu
co o brzasku wozi gapowiczów wielu
 z nadzieją że dopną celu
ty dopiąłeś, bo i pchnąłeś
kanara co ci tak głowę suszył
cóż, gdy teraz marzną uszy


Kiedy byłam mała, nieco starsza, a nawet nastolatką będąc, kiedy obca mi była tzw. konieczność i przymus, lubiłam grudzień. Nie mogłam się doczekać ubierania choinki, przewracałam mieszkanie do góry nogami w poszukiwaniu ukrytych prezentów, podjadałam pierniki z miski na szafie, pisałam w pamiętniku o śniegu i chodziłam na roraty...yyy, blef, nie chodziłam. W każdym bądź razie oczekiwałam świąt w rosnącym podnieceniu i dysponując szmatą czasu hopsałam od sklepiku do straganu kompletując podarunki.
 Teraz grudzień mnie przerasta, czuję się jak zakalec, jak karp, jak kapusta z grochem i suche igły pod choinką.
Teraz doceniam moją mamę i jej cyrkowe stanie na rzęsach, by to wszystko ogarnąć i podsumować najlepszą zupą grzybową na planecie Ziemi.
Mama to najlepszy prezent na święta, niech mój syn o tym pamięta.
Tym częstochowskim rymem kończę...
i przypominam, że

jeszcze tylko trzy tygodnie...