poniedziałek, 30 kwietnia 2012

już majowo

majówka, majówka, 7 lat po ślubie...już!!? ale zjechało...

Między innymi połączyły nas rowery i podobne widoki na przyszłość ....




...i w sumie nic się nie zmieniło od tego czasu, poza tym, że rok później zaczęliśmy zbierać na kolejny rowerek i mocniej się w życiu zakręciło :)







piątek, 27 kwietnia 2012

5 kilometrów kolorowego szaleństwa

Bieganie jest fajne! Swoje stanowisko w tej sprawie ugruntowałam, ale pewnie nie wszystkim w smak spocona koszulka, przeciąg na odcinku gardło-nos, czy też spięte do granic łydki. Te niby minusy to oczywiście plusy biegania, ale rozumiem:)
Co jednak gdyby zmienić okoliczności ? Nie mielibyście ochoty poruszać nogami, we własnym tempie w tumanach tęczowego pyłu?

W  U.S. dorocznie odbywa się COLOR RUN.
 Startują wszyscy, bez względu na wiek płeć, gabaryty..etc.. Celem imprezy nie są miejsca na podium, ale wspólna zabawa w kolorowym żywiole. Na każdym kilometrze uczestnicy są kolorowani na różowo, zielono, żółto, przez wolontariuszy stojących na poboczu.
Receptura farby jest w 100% zgodna z naturą, proszek można nawet zjadać, jest bardzo słodki, tylko zostawia na języku posmak kredy.


To musi być bardzo wyzwalające doznanie :)






niedziela, 22 kwietnia 2012

opowieść żony

Gdybym urodziła się, albo fantastyczna koleją losu, stała się pisarką, to najprawdopodobniej pisałabym jak Lori Lansens o Mary Gooch. Chciałabym pisać lekkim piórem i z subtelnym poczuciem humoru, nawet o tak wieeelkiej sprawie jak ludzkie ciało z nieposkromionym apetytem.
Z uśmiechem na twarzy, ale poniekąd utożsamiam sie z Mary pod jej 300 funtami żywej wagi. Właśnie wkroczyłam na strony kiedy Mary rażona niespodziewanym odejściem Goocha, rozdziera piętrzące się latami warstwy i przedostaje do jądra swego jestestwa, które wcale nie chce zaglądać do lodówki.
Niby prosta historia, ale jak fajnie napisana :)

piątek, 20 kwietnia 2012

zrozumieć drugiego

Niby nie wierzę w przypadki, zawsze tłumaczę, że coś dzieje się w konkretnym celu, wynika z przeszłości etc. Czasami dzieją się rzeczy bardziej znaczące, czasem błahe, ale zawsze dzieją się po coś.  Nauki pobieramy bezustannie.
Wczoraj ubrałam mało używane adidasy i pobiegłam zetrzeć z betonem swoje lenistwo. Dziwna rzecz, że podczas biegania zdarzają mi się nieprzewidziane wypadki - czytaj rozmowy z nieznajomymi. Dwa lata temu (chyba?) pisałam, jak podczas porannej przebieżki po lesie, klepnął mnie w tyłek rowerzysta próbując zagaić rozmowę. Z zagajania wyszły nici, bo o czym rozmawiać z cwaniaczkowatym lowelasem, który nie potrafi trzymać rąk na kierownicy.
 Wczoraj zarys powyższego scenariusza się powtórzył, aczkolwiek rozmowę ze mną gościu zaczął od... śmierci. Straszne co?!
 Kiedy wycisnęłam z siebie trochę potu i przykucnęłam na marginesie dróżki, zaczęły mnie łaskotać zielone listki przynosząc myśli o przemijaniu, pierwszej świeżości wiosny i  jesiennej perspektywie kruchych  liści zmiatanych przez wiatr. Przypomniała mi się chrzestna matka, to jak brała życie za rogi nie licząc się z przeciwnościami i ostatnie momenty, kiedy na wigilię, skurczona na wózku wyglądała jak cień człowieka. Zrobiło mi sie okropnie smutno, smutno tym bardziej, że w tych ostatnich chwilach nie miałam odwagi by  do niej podejść, wziąć jej rękę w dłoń i czule, bez słów się pożegnać. Do dziś brzmią mi w uszach jej słowa - 'Dziękuje Magdo za wszystko" i wilgotnieją oczy, bo wtedy byłam zdolna wykrzesać z siebie daremne - 'trzymaj się', czy coś w podobnie słabym stylu.
Kiedy tak kucałam i podcierałam cieknący nos, a w głowie tłukło się -"JESTEŚ Tchórzem, nie ma w tobie ODWAGI ", zauważyłam majaczącą w oddali postać. Wstałałam, ruszyłam przed siebie, a plamą okazał sie spacerowicz. Kiedy przechodziłam obok, spytał czy się go przestraszyłam, bo nagle zerwałam się z nawierzchni....i tak sie zaczęło. Mogłam pójść swoją drogą, ale jakaś siła zaczęła wydobywać ze mnie głos i rozwinął się dialog. Dialog jak dialog, w większości odsłuchałam relacji z osobistej tragedii rodzinnej, opowiedzianej bez cienia emocji i żalu.  Niech będzie, że "X' zwierzył się , że jutro chowa swojego młodszego brata, który zginął tydzień temu w wypadku samochodowym .
Cień śmierci nabrał wyraźniejszego kształtu.
Usłyszałam o jego stosunku do wszystkiego, podał się na tacy bez krzty słodyczy, za to mocno natarty żrącą solą słów, co mnie dotkliwie paliło. Miedzy wierszami dowiedziałam się jakie ma relacje z żoną , rodziną, otoczeniem i że to pogmatwany życiorys w którym jest czarną owcą.
Doprawdy dziwny gość, pyszałkowaty, skupiony na czubku swojego nosa, a w tym wszystkim elokwentny i wyrazisty, choć raczej nie wzbudzający mojej sympatii.  Właśnie ten wyrazisty kontur jego osobowości wzbudził we mnie uczucie, że jestem taka mala. Ten facet mnie przytłoczył, byłam oszołomiona, a starając sie przekazać swój punkt widzenia strącana do parteru. Nie złośliwie, ale zwyczajnie przewagą i siłą  kontrargumentów. Stąd pojawiło się  to pytanie - czy nie jestem naiwna próbując sprostać okolicznościom, które mnie zwyczajnie przerastają? Dlaczego spotykam takich ludzi, a oni mnie? Po co?
 Podobne rozmowy wybijają mnie z rytmu, ukazują braki. Z drugiej strony może to niewinna naiwność, bo chcę człowieka zrozumieć, ale cóż, kiedy przez własne ograniczenia, nie potrafię.
      Kiedy wróciłam do domu opowiedziałam wszystko Leszkowi, a ten mnie na dobitkę skarcił...ech, jemu się nie dziwię;) Tylko głupia spaceruje z obcym mężczyzna, prawda?
 Potem wyszło na jaw, że L. gościa zna ze szkoły (!), ale czuje awersję do tego " magisterka", który się szczerzy nieszczerze i zawsze ma jakieś 'ale'.
Leszek powiedział na koniec - " Swój pozna swego" :) i to mnie uspokoiło. 
Nie chcę przecież życ w świecie Wittgensteina i  Nietzchego i pewnie znajdą się też inni którzy nie chcą.

jakieś spostrzeżenia?

czwartek, 19 kwietnia 2012

kwestia różnicy

Uważam , że jestem naiwna. Czy jest różnica miedzy naiwnością, a głupotą? Zastanawiam się właśnie i chyba wyczuwam subtelna różnicę, ale może ktoś chciałby sie wypowiedzieć i zaświecić mi w głowie dodatkową żarówkę.
Powoli jarzę.
Naprawdę, bywa, że po fakcie uświadamiam sobie nowe fakty.
 Pewnie jest to kwestia czasu, bo z każdą minutą perspektywa się zmienia, dystans do zdarzeń wydłuża.

Zdarzyło mi sie dziś coś nietypowego, ale jest to kawał pisania i ...sama nie wiem, czy o tym pisać  ;/

Głupota versus naiwność
jest różnica, czy nie ma

??

piątek, 13 kwietnia 2012

to be or TO BE

Myśle, że człowiekowi jest najlepiej, kiedy nie skupia się na sobie.
Kiedy inni są bardziej dla niego obecni, niz on sam.
 Ja tak mam
Zewnętrzna obecność wszystkiego uświadamia, jak bardzo jesteśmy w istocie tym samym .
Czasem przychodzi ta chwila, kiedy patrzysz i nie widzisz i to jest to!
 To jest piekne, nienazwane, bez-myślne, poza głową się dziejące zapatrzenie bez widzenia.....ale to tylko słowa słowa słowa, co piszę...słowa tego nie oddadzą.

nie mam strategii na życie...to znaczy mam plan, by nie mieć planu. Marnuję się?:)
 Podglądam tylko, jak leszek pogrywa w jakieś gierki komputerowe, jak sobie układa pułki i szwadrony, buduje spichlerze, mosty, toczy boje. Doprawdy  nie rozumiem ilez można;)
Jeśli działać to w realu, a nie na makiecie jakiejś mitycznej krainy i proszę mi tu nie wyjeżdżać, że takie strategie komputerowe  rozwijają perspektywiczne myślenie - bujdy na resorach;)

Moje dziecko z posypką ma sie dobrze. Ilez on ma silnej woli, ja na jego miejscu zadrapałabym się do żywej kości, a Igor zaciska piąstki i powstrzymuje się, choc na pewno swędzi.
 Powiedziałam, że nie wolno sie drapać, ale nie wiedziałam, że tak weźmie sobie do serca.
 dzielny rycerz!

Ostatnio odkryłam super pisarza. Francuz - J Ch. Grange.
Połknęłam już "Las cieni " - rewelacyjna świeżynka
 Teraz " Purpurowe rzeki" ..mmmm...wciąga  (może ktoś film widział o tym samym tytule z J. Reno?)


pozdrawiam przewiosennie i jaskrawo zielono:)

sobota, 7 kwietnia 2012

jak to sie robi ?

Podobno w latach dwudziestych ubiegłego wieku, na pytania dzieci  pt. jak się robi dzieci, należało odpowiadać, że.....
dzieci powstają z  nadmanganianu potasu
:))
 a chodziło o to, żeby dzieci robiło się trudno
im trudniej, a szczególnie  - trudniej wymówić, tym lepiej, a szczególnie lepiej dla rodzica.
 Jest w tym dużo prawdy, bo dzieci powstają w drodze chemii :)
a teraz surprise z osobistego archiwum:
 Do 12-ego roku życia myślałam, że dzieci się robi przez zatrzyk do pupy !!!
W sumie jako taki 'zastrzyk' trzeba zastosować, ale mamie  i tak pomysłu gratuluję ;)
 Naprawdę długo żyłam szczęśliwie, w błogiej niewiedzy i bez żadnych kosmatych myśli,  aż do momentu, kiedy koleżanka w szóstej klasie się zwierzyła, że podejrzała pornola rodziców. Wtedy też dowiedziałam się w teorii,  co zacz ten 'pornol'.
Ech...to były czasy Pankracego, Reksia...a teraz? Teraz dostępne są w empiku  "Księga cipek" i "Księga siusiaków", jak dla mnie bardzo inwazyjna metoda. Powtarzając na głos tytuł nr.1 prawy policzek podjeżdża mi pod oko i powiem wam - wymiękam. Chyba jestem dzika i mega zacofana, ale słysząc 'cipka' wykrzywia mi się buzia (to ten podjeżdżający policzek) - nieładnie brzmi i już.
 Już ładniej brzmi- siusiak, fiutek, a nawet poważny penis. Penis brzmi nawet dumnie, porównywalnie z Piersią.
Wychowanie seksualne to jest fizyka kwantowa z rumieńcem, choć ja szczęśliwie nie mam dociekliwego dziecka i uświadamiam wybiórczo, acz wystarczająco.


a wszystko to, bo Igor przebąkuje o siostrze...yyyyyy.....

Ponadto wiosnę mamy. Zwiastuje ją u nas w domu biedronka.
Biedronka wiercipiętka, czerwonokropka, z wietrznych łąk.
Dzieci w przedszkolach wypożyczają sobie różne choroby, tym razem otrzymaliśmy w wątpliwym darze ospę
No, ale nie takie rzeczy przechodziliśmy, skruszymy ta "posypkę" w try miga :)

landrynkowe jajo dla każdego...

... JAJO PEŁNE
PIĘKNYCH NIESPODZIANEK
CUDÓW
 WZRUSZEŃ
UŚMIECHU
I
DZIECIĘCEJ MAGII
i ...


...i jeszcze





wtorek, 3 kwietnia 2012

rekord jednoczesności

myć podłogę, pucować wannę i łazienkę całą, wyrzucać przeterminowane kosmetyki i przeterminowane lekarstwa, robić listy zakupów, podpiekać bitki wieprzowe, krajać marchewkę, cukinie i cebule, wrzucać do bitek, zaparzyć trzy herbaty, rozmrażać warzywa, zamrażać mięso, dogladać bitek, przegladać albumy ze zdjęciami, wklejac zdjęcia, upiekszać albumy, wystawiać to i tamto na allegro, pójść do przedszkola z zaświadczeniem, zrobić zakupy z listy i ponadprogramowe też, oddać książki do biblioteki, odkurzać, zamiatać, myć okna, polerować okna, wynajdywać klocki lego po kątach tudzież wchłaniać odkurzaczem , zmieniać pościel, robić kolczyki, robic broszki, robić pranie, wieszać pranie, robic kawę, farbować włosy ,przesłuchac pięć płyt, czytać ksiażkę, zbierać zabawki z podłogi, układać zabawki na meblach, robić porządek w szufladach, sadzić rzeżuchę,  wyszorować karimatę, ćwiczyć, wziąć prysznic, cerować skarpetki, obejrzeć "Bobasy" do końca, podlewać kwiatki, sadzić kwiatki, przesadzać kwiatki, wyrzucać zasuszone kwiatki, otworzyć wino, usiąść przy komputerze,......wiecej czynów nie pamietam ...


wszystko naraz, naprzemiennie, bez planu i w przeciągu popołudnia
  a niektórzy i tak mają więcej na sumieniu :))

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Kimbra-biovital

Wielu słyszało o Gotye, niewielu chyba o Kimbrze Johnson z Nowej Zelandii..
 Kimbra zaśpiewała z Gotye i stąd może niektórzy ją kojarzą.
Ja za Kimbrą podążyłam tropem pewnego amełykańskiego bloga. W Stanach teraz moda na retro, vintage itd...widać po blogach wszelkiego rodzaju. Moda na stare w nowej wersji czasem mi sie podoba...no, ale nieco odbiłam się od głównego wątku...
 Podoba mi się głos tej pani, jak się porusza i ogólnie jak wygląda.
 Czasem muzyka nie musi się tak rewelacyjnie słuchać jak pokazywać. Zapraszam chetnych na sesje  fajnych videoklipów z Kimbrą, bo liczy sie pomysł i ładna buzia.
Ciekawe komu się spodoba i ciekawe, kiedy stanie się popularna na naszym opóźnionym rynku muzycznym?





niedziela, 1 kwietnia 2012

muzeum z przeszłością

Trzymałam dziś w ręku wiele kamieni, bo pojechaliśmy na giełdę minerałów z misją - 'mój osobisty kamyczek'. Macałam, gładziłam, przypatrywałam się bogactwu skałek różnej maści, ale nic do mnie nie przemawiało w sekretnym języku stuku-puku. Pomyślałam, że roztrzęsiona wcześniejszymi okolicznościami ( które pominę milczeniem) i comiesięczną predyspozycją do legendarnego syndromu, zablokowałam intuicję, tą, której ufam.
Bedąc juz u wylotu, zatrzymałam sie przy stoisku, gdzie jak wszędzie pełno było twardych sztuk i zaczęłam przyglądać sie znowu.
  Wciąż i wciąż powracały miedzy palce jaspisy. Jeden wyglądał jak język jaszczurki, jeden jak posąg z wysepki wielkanocnej,  jeden jak obelisk...a jeden taki się przykleił na dobre.
Podobno jaspisy to m.in. antydepresanty i wyciszacze, więc czyżbym miała nosa?
To co mam przed oczami, ma jakąś moc sprowadzania z chmur na ziemię, jest brązowo nakrapiane i ciągle przywołuje skojarzenia z pradawna sztuką rodzącą się w jaskiniach, nawet wygląda jak odłamek naskalnego malowidła.

Igor dał się namówić na wyjazd tylko dzięki dinozaurom które sklonowali przy muzeum Nauk o Ziemi UŚ w Sosnowcu, ale okazało sie ze dinozaury zamknięto w komnatach, a na zewnątrz straszył tylko jeden tyranozaur. Dobre i to.
 Była tez Lucy, o której niedawno pisałam. Dokładnie było zdjęcie Lucy z profilu i eksponat udający jej czaszkę, którą nie omieszkałam pogłaskać.