poniedziałek, 28 listopada 2011

kuball

Kuball jest nowatorską dyscypliną sportu domowego najwyższej kategorii - DACH ( Domestic Activity for Children). Zaraz po water-solo, który proza życia nazywa banalnie - myciem naczyń, jest najbardziej popularną dyscypliną kształtującą zręczność.
 W skrócie rzecz polega na tym by kubistyczną budowlę, najlepiej z tworzywa polistyrenowego jednorazowego użytku, zmieść z powierzchni płaskich za jednym zamachem.
Zamachu dokonujemy przedmiotem kulistym.
Jak widać zasady są  proste, jak kąty do których zawodnik trafia.
 Wszelkie prawa nie są zastrzeżone.

piątek, 25 listopada 2011

rób to, co potrafisz najlepiej czyli na tapczanie siedzi leń

Padłam ofiarą listopada, padłam na łóżko i rzadko się z niego zwlekam. Tak od trzech dni chyba.
Stan ten niewzruszony odbija się kształtem na moich krągłościach, zaznaczając je grubą linią.
 ilustracja poranka:
 Miejsce braku akcji - łóżko, jedna ręka chrobocze w pudle z klockami w poszukiwaniu małych elementów, zęby służą za szczypce do rozrywania misternych acz nieudanych konstrukcji budowniczego Igora, reszta ciała nie działa i jest mi obca.

 Wszystko takie niecodziennie duże - obfitość na talerzu, nadmiar wolnego czasu, pełny kieliszek wina. Wkradają się tez małe drobiny - wczorajsza godzina aeorobiku, spacer do sklepu...tia, a gdzie pozostałe naście godzin tzw. dnia?
Cucę się herbatą z papką startego imbiru, natłuszczam wewnętrznie koktailem z avokado i gdyby nie spoglądające z katalogów szczupłe i zadbane panie byłabym w ósmym niebie, a tak poziom siódmy.

Dwie godziny wczorajszego wieczoru przekazaliśmy na rzecz kina obyczajowego.
 Spokojne tło udanego życia dwojga dojrzałych ludzi skontrastowane z mizerią żywotów ich przyjaciół. Żadnego odkrycia w trakcie jak i w finale - ot, jednym sie udaje w życiu, inni mają kiepsko.
 Pochwała życia w małżeństwie, ale trzeba dodać - zgodnym.
Przyznam, że szkoda mi było tych przedstawionych w krzywym zwierciadle samotników, bo solo tez jest fajnie jeśli jest dobrowolne. Ja jednak nie mogłam lepiej wybrać dla swojego zdrowia psychicznego wiążąc się, bo  jakże przyjemnie żyje się z człowiekiem, który akceptuje z całym inwentarzem i z całą odpowiedzialnością:)

 Film " Kolejny rok" M. Leigh można zobaczyć.
Żałuję, że pierwsza scena z wybitnym aktorstwem Imeldy Staunton (widzieliścieVerę Drake?) nie została rozwinięta, a pozostała tylko  bardzo dobrym preludium, ale choćby dla niego warto!

czwartek, 17 listopada 2011

no, koniec świata

Czasami do głowy przychodzą słowa, nieświadomie, w natłoku pierwszych skojarzeń.
Zaczęłam  babrać się w swojej pseudofilozofii i nagle w potoku artykułowanych refleksji wymsknęła się - Minerwa.
Nie wiedziałam co zacz, tzn. przeczuwałam, że taka postać istnieje w mitologii, ale skąd ta samolubna ochota, by nadać sobie jej imię. Ono pojawiło sie spontanicznie, a potem, kiedy sprawdziłam symbolikę...no właśnie, postanowiłam to napisać,  nic poza tym, bez wgłębiania się.
Jestem sową, wiecie? Za dnia nie ogarniam, dopiero po zmroku widzę wyraźniej, dziób mi się nie zamyka;)



Dzis widziałam straszny i zarazem piękny film. Najpiękniejszy thriller odkąd pamiętam, najbardziej malowniczy i urzekający dramat człowieka w obliczu rzeczy ostatecznych. Mówi się, że coś porusza w nas strunę, dokładnie tak było. Ten film obudził niespokojna nutę mojej wewnętrznej muzyki.
W dzisiejszej rozmowie z L. (który w odróżnieniu ode mnie - Minerwy kazał nazywać sie LEO;) przyznałam się ze jestem bardzo zalęknioną duszą.  Przyznałam się do rzeczy które L. już wie od lat. Potwierdziłam w jego oczach banalny fakt swojej obsesyjnej melancholii.
Bo co mnie gniecie?...
Wierzę w duszę, ale nie lubię jej. Duch, dusza, bóg są dla mnie tak nienamacalne, dalekie.
To co w zasięgu rąk, mojego umysłu - to dla mnie istnieje. Tego się trzymam, choć wiem, że prawda jest gdzie indziej. Nic co ziemskie mnie nie ukoi, nic co duchowe nie da mi spokoju.


wracajac do filmu. POLECAM!
To jest mocne kino, to jest kino w granicach mojej melancholii i wrażliwości.
Larsie Von Trier - tym razem ci się udało.

wtorek, 8 listopada 2011

dziękuję nie palę

Naprawdę uważam, że papierosy śmierdzą, ale te z videoklipu wyjątkowo nie ;)

poniedziałek, 7 listopada 2011

na końcu języka

Wizyta u logopedy.
Igor speszony obecnością pań, z których jedna ciągle zadaje pytania i każe mówić zupełnie bez związku - las, żaba, dryń, korzuszek. Dla dodania sobie animuszu udaje kota liżąc mnie po twarzy oraz głośno komentuje zachowanie pani doktor - Mamo, a dlaczego ona tak na mnie patrzy. Dlaczego ona chce, żebym to powiedział ....
Słowa pan i pani nie chcą mu przejść przez gardło i okazuje się, że to zupełnie naturalne.
Zwroty - 'Pan' 'Pani' są anachronizmami. Spadkiem po okresie feudalnym, kiedy (pamiętamy z historii ;) panowały stosunki senior - wasal, pan i poddany. Teraz jesteśmy niby równi, ale forma językowa przetrwała. 
Dzieci  nie są jeszcze przekabacone, to my (dorośli) nauczyliśmy się używać tych zwrotów w formie grzecznościowej.
Czy Pan, Pani nie brzmią dziwacznie jakby się tak zastanowić? 
- Proszę, oto Pana zakupy, o Panie ;)
 W sumie każdy jest czyimś panem, każdy jest czyimś poddanym, świat  na dobrą sprawę się nie zmienia.

Synek niech się jeszcze nacieszy dzieciństwem zanim poupychają go w szufladach, usztywnią według zasad. Teraz jest najprawdziwszy, nikogo nie udaje, no chyba, że kotka :)
Kiedy kończy się niewinność ? Hmm...dziś w przedszkolu byłam świadkiem niezłej musztry urządzonej przez panią sprzątaczkę.
Dzieci uczy się, jak przestać nimi być przez zakazy, coraz więcej zakazów, po prostu.


wracając do gabinetu.
 - Igorku, a powiedz Szymek. No, jak powiedziałbyś Szymonek.  No... sz..., szyy... -  
- mon - odpowiada Igor
:)

czwartek, 3 listopada 2011

no to co że ze Szwecji

Znowu  dałam sie porwać halnemu marzeń, wywiało mnie nad przepastną Skandynawię. Wyobrażam sobie, jakby to było tam zamieszkać na dłużej, na zawsze?
 Nie wiem czy wymyśliłam sobie sympatię doń, czy jest ona podszyta czymś głębszym np. spadkiem poprzednich wcieleń:) Zawsze pociągały mnie surowe klimaty i by zadość uczynić tej fantastycznej fascynacji zaczęłam sięgać po literaturę, o jak i ze Skandynawii.
 Jednakowoż, proporcjonalnie do ilości przeczytanych książek, obraz w mojej wyobraźni nabiera innych kształtów, boginię Freyę zastępuje paskudny, groźny troll..
 Obecnie wertuję "Polkę" Gretkowskiej. Autorka pisała ją (o ironio) w Szwecji przesiąknięta jej klimatem, często wyraźnie odcinając się od kultury, zniechęcając monotonią krajobrazu itp.
Wchodzę na fora o Szwecji, a tam nagonka na żywność, chleb trocinowy w kosmicznej cenie i cukierki ślazowe idealne do plucia... a gdzie w tym wszystkim świeży pączek i nie przesolone masło?
Nawet kryminały poczytnych autorów z północy zaczynają mi brzydnąć, choć pierwsze wrażenie było absolutnie piorunujące. Coraz mi zimniej w tym dreszczowcu. Chyba nie chcę popijać gorącej herbaty w uroczym drewnianym domku nad jeziorem, mimo iż to jeden z moich ulubionych motywów przewodnich.

Czasem przeglądam w archiwach skany ze Szwecji. To dość stare;) pamiątki mojego męża z dwumiesięcznego pobytu w tym kraju, spędzonego głównie w pozycji pochylonej, w zaroślach jurtonu czyli popularnej tam borówki ( do nabycia w meblowej sieciówce;)
 Niezapomniana przygoda młokosów. Ja nigdy nie miałam okazji i chyba tez odwagi, by zebrać ekipę i ruszyć w nieznane, dlatego coś podobnego szykujemy sobie na przyszłoroczne lato. No, przynajmniej przebąkujemy o tym w stanach lekkiego podchmielenia, bo trzeźwa rzeczywistość wyostrza wizję ukazując przeszkody.


 Lubię te zdjęcia. Widać (mam nadzieję) z czym przyszło sie mierzyć pośród niezmierzonej dziczy....

....na przykład z szukaniem punktów orientacyjnych w przestrzeni 
(najważniejsza umiejętność zbieracza)


wóz zakupiony po wysiadce z promu. (mandaty za wykroczenia drogowe- strach sie bać!)
jedzenie między innymi pływało
gdzie nie spojrzeć woda
  źródło zarobku-jurton:
obiad
sjesta
kolacja
przygarnęła ich  rzeźbiarka-outsiderka
i pozwoliła się rozgościc, o tu:
pośród porannych mgieł
i słonecznych kwiatów

wtorek, 1 listopada 2011

spotkanie z przeznaczeniem

Na blogach zaoceanicznych dynie w pajęczynach. Dużo koloru zachodzącego słońca  w strasznej scenerii pajęczych odnóg i postaci ukatrupiających wzrokiem. W naszych rodzimych granicach dziś łuny. Będzie jasno i szeptem pośród strzępiastych kulek chryzantem.
Ciekawe doznania dla pasażerów samolotów, bo chyba widać z wysokości płomyki cmentarzy.
 Szykowałam się do corocznych objazdów, ale ostatecznie się wstrzymałam. W tym roku zapaliłam sobie czerwone światełko stopu.
L. pojechał na grób ojca.
 Nie czuję się winna, od dawna kalendarz jest dla mnie umownym liczydłem.
 Tłusty druk, że tego a tego dnia trzeba bardziej się postarać w danej dziedzinie, spływa po mnie.
Każdy dzień jest dobry by dać laurkę, segregować śmieci, tudzież wysprzątać grobowe obejścia, ale rozumiem , że pewne schematy porządkują rzeczywistość, ułatwiają życie.
 Nie czuję presji podtrzymywania tradycji, nawet mogłabym się obejść bez świąt.
 Brr, brzmi przeraźliwie smutno, nieprawdziwie? Ja nie czuję się ogołocona z czegoś, raczej wolna.
 Nie powiem, może i jest to dyktowane lenistwem, takie scedowanie obowiązków na tych co lubią, bo ja owszem lubię np zimowe święta, tylko nie czuję wewnętrznego przymusu dbania o ich formę.
 Nie ignoruję, ale też nie związuję się węzłem konwenansów, rytuałów.
Nie raz każą się tłumaczyć, a ja zwyczajnie od słowa tradycja wolę tolerancja.
Nawet jeśli wydaje mi się, że dzisiaj jest święto cmentarnych spacerowiczów, to powstrzymam się od pełniejszych komentarzy. W sumie, co tam moja opinia, juz rozpływa się w ciszy wieczoru.

Myśl o kresach zycia często mnie nachodzi.
Dzisiaj klimat zdjęć w sepii jest wyrazistszy. Dzisiaj przerzucając pergaminowe przekładki rozsnuwam mgłę przeszłości. Pośród rodzinnych, archiwalnych albumów z młodości mojej babci zapodziało się kilka łez i westchnień.