czwartek, 6 stycznia 2011

I zbaw nas ode złego

Czegoś mi ostatnio brakowało w kinie - prawdziwych, żywcem wyprutych z wnętrza, a nie pomazanych make-up'em  emocji.
Brzmi makabrycznie, ale cenię rzeczy szczere, o niepowtarzalnym charakterze, które powstają z przekonania. Takie rzeczy skrywają moc, zapadają na dugo. W filmach cenię to szczególnie, bo filmy w dużej mierze zastępują mi książki.
Do każdego przemawiają różne środki, forma, obrazy. Rzecz gustu i estetyki...Przewrotnie to zabrzmi, ale nie lubię jak się w kinie ściemnia.
Dlatego obrazki typu.. to nie tak jak myślisz kotku, piesku, żabciu, zdecydowanie nie pokrywają się z moim obszarem zoointeresowań, po drodze mam raczej do "Domu złego" ale umarłabym zostając w nim dłużej;)


 Często mam wrażenie, że aktorzy, szczególnie z grona wzajemnej celebracji, raczą nas wyuczoną serią min przypisanych ludzkim namiętnościom, lękom. W filmie o którym napiszę dostałam talerz sushi - wartościowe, świeże i surowe mięcho.
 "I zbaw nas ode złego" Ole Bornedala wprawił moje obwody w drgania.
Miałam autentyczne dreszcze, co zdarza mi się niezwykle rzadko. Dreszcze nie wynikały ze strachu na widok tasaków, noży i podobnych przyborów, a z przejęcia i serca tłukącego się w obliczu przewrotności ludzkiego losu.
 Film wrze od emocji i możnaby mu zarzucić epatowanie nimi, ale ja potrzebowałam takiego poruszenia.
 Do jakich granic można się posunąć w walce w imię dobra, za niewinność?
Jak delikatne i płynne to są granice. Ile człowiek jest w stanie przyjąć na siebie cierpień? Kiedy pęka tama wytrzymałości, za którą pochłania nas paszcza szaleństwa i chęć odwetu? Niby nic nowatorskiego, kino juz stawiało takie pytania, ale okrasa w postaci ludzkich namiętności jest mocna i ten wymiar zasługuje na pełną uwagę.
 Od strony aktorskiej pokazane jest fenomenalnie jak człowiek zmienia się pod wpływem sytuacji, jak na nie reaguje i podejmuje wybory. Przykładowo Lars, bohater któremu sie nie udało i który cyt. ...stał ostatni w kolejce po sens życia... aktor jak nie on sam, a postać w roli aktora.
Trzeba nie lada talentu, by tchnąć w postać tyle ducha, jaki tylko potrafi nas omotać. Jak dla mnie Mount Everest i Bajkał w jednym.

 W ogóle twarze
Ile na nich wymalowano, a raczej wyostrzono.
Do filmu można się też przyczepić, że jest przerysowany, efekciarski, że ta mała apokalipsa dziejąca sie w zapadłej duńskiej wiosce przepoczwarza sie w krwawą groteskę itp...ale wolę takie chilli, niż galaretę z nóg.


Fabuły nie będę opisywać. Zachecam do przeczytania o tu : http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=51557


Film goraco POLECAM, bo dawno się we mnie tak nie burzyło i myslę, że w niejednym z was się zagotuje ;)

3 komentarze:

  1. a mnie wczoraj w fotel wgniótł "Dla niej wszystko", takiego filmu potrzebowałam! Natomiast widziałam zapowiedź tego filmu o którym piszesz- ich choć ciągnie mnie do niego okrutnie mocno -to się go boję, bo ja taka strachliwa jestem:)

    OdpowiedzUsuń
  2. oj, zgadzam się, że wkoło coraz mniej wartościowego kina i ciężko naprawdę znaleźć coś co wygniecie dziurę w świadomości...

    był taki czas, kiedy pracowałam na festiwalu filmowym u Gutka i niektóre filmy widziałam jeszcze przed publicznymi pokazami- to dopiero były obrazy!!!wychodziło się z projekcji i... ciężko było powrócić do siebie...a potem obserwowało się ludzi na oficjalnym pokazie jak ich trafia! fajne czasy.

    OdpowiedzUsuń