czwartek, 29 grudnia 2011

wyzwanie to pisanie

Rozsiadłam się z brzuchem pełnym brukselki i z zamiarem.
 Zamiar wycelowany jest w pewien projekt literacki. Jejciu jejciu, czy ja oby nie porywam sie na Mount Everest swych możliwości. Do tej pory listę wyzwań jakich się podejmuję wypełnia tzw proza, ale życia - oporządzić dom, o rodzinę zadbać i nie dać się zwariować w pracy. Teraz wyzwanie to złapanie weny, przywiązanie rzeczonej do biurka i dokarmianie. Czym ja karmić by nie odeszła?
A wszystko zaczęło się kilka godzin temu od zaproszenia Bebeluszeka.
 W głowie powstał rwetes, a wrzaskliwe myśli obudziły uśpione ambicje, które, do licha;), nie chcą dać za wygraną!
 Do sedna.
Otóż po prawej stronie ekranu dostrzec możecie zielony baner -blogerzy piszą książki - w który należy kliknąć, by się zapoznać ze szczegółami i dać się uwieść, do czego gorąco zachęcam.
 Blogowa galaktyka, którą zdążyłam przyłączyć w ramy własnego mikrokosmosu zna się na pisaniu, oj tak :) Wielu z was to utalentowane gwiazdy, które świecą przykładem, jak niebanalnie, wręcz mistrzowsko, pisać nie będąc światowej sławy autorem.
 Soo, do dzieła, stwórzcie opowiadanie w stylu dowolnym i ślijcie na adres podany w banerku. Będzie z tego e-książka, ale czaaad ;))
 Wrota stoją otworem do 31 stycznia.

Pozdrawiam i do siego:)

sobota, 24 grudnia 2011

ho ho ho !


życzą WSZYSTKIM mieszkańcy skrzypiących traw:)

wtorek, 20 grudnia 2011

z górki

Rysujemy i ozdabiamy świąteczne karteczki i takie tam. Igorku narysuj coś, może choinkę? Rysuje. Narysował, zerkam z boku. A co to? Przygladam się zestawowi koślawych trójkątów w chaszczach kresek. To jest choinka, pada odpowiedź. Może byś tak bombek domalował, masz pisak żółty, o!, a tu czerwony, spróbuj. Nie, nie, to jest choinka wiedźmowa!

Nie takie święta straszne jak je malują ;)

W tym roku zapachnie u nas świerk srebrny, iglaczek na 1,50cm, lekko popielaty, kłujący niemiłosiernie, aż współczuję wiszącym aniołkom. Co do aromatu lasu, który ma rozpylić, nachodzą mnie wątpliwości, gdyż podczas transportu samochodem zapach przypominał raczej coś innego, swojskiego i ze wsi. Okaże się, czy natura spłata figla, ewentualnie będą święta w stylu country;)

W pracy szał ciał. Czekać  tylko, aż kolejka do kas poleci jak kostki domina. Duszno i zastanawiam się czym oddycham, bo powietrzem to nie jest, jeśli już to pył ....może gwiezdny?
 Tą sytuację romantyczną urozmaicam krótkimi pogawędkami z klientami, czasem żartem sypnę, skoro śniegiem nie mogę. Ćwiczę wewnętrzne mechanizmy, tu podniosę łuk brwiowy, tam nagnę kąciki ust i ogólnie jestem pozytywnie nastawiony robocik. Dyscyplina uśmiechu pomaga. Spróbuj się ciągle uśmiechać i mieć podły nastrój, no spróbuj...nie ma szans :))


O poranku tworzę prezenty. Wena zawsze puka do drzwi, jak miły gość.
Najbardziej wyczekiwanym gościem jest jednak duch. Ów duch już się pojawił, poczuł jak u siebie w domu i nam się udziela. Jeśli być udziałowcem, to tylko takiego ducha, to najlepszy bank pozytywnej energii:)
Życzę każdemu i pozdrawiam!

wtorek, 13 grudnia 2011

stara dobra Barbie

Apropo's stanu wojennego w audycji 'Tranzytem do niebytu' w radiu Roxy, Nosowska przeczytała wspominkowego maila od słuchaczki...o Barbie...  (audycja o smaczkach i niestrawnościach PRL-u)
 Dość dobrze pamiętam ten specyficzny, surowy klimat sklepów 'społem' i soczystość pewexowskich wnętrz. Moja śp babcia miała przyjaciółkę w NRF-ie, która słała czasem dolary, więc odbywaliśmy okresowe pielgrzymki do pewexu po snickersy i nutellę. Rarytasy! W naszej rodzinie miała miejsce 'łyżeczkowa' dystrybucja kremu orzechowego. Przydział zlizywaliśmy, bo szkoda było smarować takie delicje na chlebie.

 Wracając do lalki chudej jak szczapa.
 Teraz Barbie są tysiąca imion, kiedyś była BARBIE. Jedna, jedyna Barbie, długowłosa, marzenie każdej pulchnej i mniej pulchnej dziewczynki.
Moja została zakupiona w Pewexie. Skromna i cudna barbie hawajska, w białym kostiumie kąpielowym i pareo w kolibry.  3,5 dolara, tyle kosztowała i miała grzebyk różowy. Wzięłam ten grzebyczek śliczny do szkoły, by zachwalać przed koleżankami. Juz z nim do domu nie wróciłam. Zapodział się w jakims tornistrze i nigdy nie dowiem się, która z koleżanek miała lepkie palce.
Moja Barbie jeszcze żyje, co prawda została z pukli ograbiona i zrobiona na pazia, ale pachnie dalej, zapachem mojego dzieciństwa i ma ciuchy dziergane szydełkiem.
 Relikt - zachodni luksus w hendmejdowym odzieniu z resztek włóczki.
 Teraz Barbie nie jest juz taka INNA

środa, 7 grudnia 2011

człowieku nie irytuj się

Autobusy, tramwaje itp są po to by dobrać sobie z puli dnia dodatkową godzinę na 'dospanie', ale gdybym mogła dostać cudowny pierścień Arabelli, żeby tak przekręcić i znaleźć sie w dowolnym miejscu (niech będzie to praca) to dawajcie mi taką obrączkę, biorę z marszu.
Dojazdy są moją zmorą, polskie zoo w środkach komunikacji budzi we mnie wściekłe zwierzę - czyli się upodabniam:/

Okres przedświąteczny jak co roku zjada mi czas, mam wrażenie, że go ubywa i ubywa. Kiedy nadejdą święta, znów będą za krótkie..ech, juz nie narzekam, grunt ze kupiłam sobie kawałek pysznego, wędzonego łososia;)

Pozdrawiam wszystkich zaglądaczy

(foto z netu)

poniedziałek, 28 listopada 2011

kuball

Kuball jest nowatorską dyscypliną sportu domowego najwyższej kategorii - DACH ( Domestic Activity for Children). Zaraz po water-solo, który proza życia nazywa banalnie - myciem naczyń, jest najbardziej popularną dyscypliną kształtującą zręczność.
 W skrócie rzecz polega na tym by kubistyczną budowlę, najlepiej z tworzywa polistyrenowego jednorazowego użytku, zmieść z powierzchni płaskich za jednym zamachem.
Zamachu dokonujemy przedmiotem kulistym.
Jak widać zasady są  proste, jak kąty do których zawodnik trafia.
 Wszelkie prawa nie są zastrzeżone.

piątek, 25 listopada 2011

rób to, co potrafisz najlepiej czyli na tapczanie siedzi leń

Padłam ofiarą listopada, padłam na łóżko i rzadko się z niego zwlekam. Tak od trzech dni chyba.
Stan ten niewzruszony odbija się kształtem na moich krągłościach, zaznaczając je grubą linią.
 ilustracja poranka:
 Miejsce braku akcji - łóżko, jedna ręka chrobocze w pudle z klockami w poszukiwaniu małych elementów, zęby służą za szczypce do rozrywania misternych acz nieudanych konstrukcji budowniczego Igora, reszta ciała nie działa i jest mi obca.

 Wszystko takie niecodziennie duże - obfitość na talerzu, nadmiar wolnego czasu, pełny kieliszek wina. Wkradają się tez małe drobiny - wczorajsza godzina aeorobiku, spacer do sklepu...tia, a gdzie pozostałe naście godzin tzw. dnia?
Cucę się herbatą z papką startego imbiru, natłuszczam wewnętrznie koktailem z avokado i gdyby nie spoglądające z katalogów szczupłe i zadbane panie byłabym w ósmym niebie, a tak poziom siódmy.

Dwie godziny wczorajszego wieczoru przekazaliśmy na rzecz kina obyczajowego.
 Spokojne tło udanego życia dwojga dojrzałych ludzi skontrastowane z mizerią żywotów ich przyjaciół. Żadnego odkrycia w trakcie jak i w finale - ot, jednym sie udaje w życiu, inni mają kiepsko.
 Pochwała życia w małżeństwie, ale trzeba dodać - zgodnym.
Przyznam, że szkoda mi było tych przedstawionych w krzywym zwierciadle samotników, bo solo tez jest fajnie jeśli jest dobrowolne. Ja jednak nie mogłam lepiej wybrać dla swojego zdrowia psychicznego wiążąc się, bo  jakże przyjemnie żyje się z człowiekiem, który akceptuje z całym inwentarzem i z całą odpowiedzialnością:)

 Film " Kolejny rok" M. Leigh można zobaczyć.
Żałuję, że pierwsza scena z wybitnym aktorstwem Imeldy Staunton (widzieliścieVerę Drake?) nie została rozwinięta, a pozostała tylko  bardzo dobrym preludium, ale choćby dla niego warto!

czwartek, 17 listopada 2011

no, koniec świata

Czasami do głowy przychodzą słowa, nieświadomie, w natłoku pierwszych skojarzeń.
Zaczęłam  babrać się w swojej pseudofilozofii i nagle w potoku artykułowanych refleksji wymsknęła się - Minerwa.
Nie wiedziałam co zacz, tzn. przeczuwałam, że taka postać istnieje w mitologii, ale skąd ta samolubna ochota, by nadać sobie jej imię. Ono pojawiło sie spontanicznie, a potem, kiedy sprawdziłam symbolikę...no właśnie, postanowiłam to napisać,  nic poza tym, bez wgłębiania się.
Jestem sową, wiecie? Za dnia nie ogarniam, dopiero po zmroku widzę wyraźniej, dziób mi się nie zamyka;)



Dzis widziałam straszny i zarazem piękny film. Najpiękniejszy thriller odkąd pamiętam, najbardziej malowniczy i urzekający dramat człowieka w obliczu rzeczy ostatecznych. Mówi się, że coś porusza w nas strunę, dokładnie tak było. Ten film obudził niespokojna nutę mojej wewnętrznej muzyki.
W dzisiejszej rozmowie z L. (który w odróżnieniu ode mnie - Minerwy kazał nazywać sie LEO;) przyznałam się ze jestem bardzo zalęknioną duszą.  Przyznałam się do rzeczy które L. już wie od lat. Potwierdziłam w jego oczach banalny fakt swojej obsesyjnej melancholii.
Bo co mnie gniecie?...
Wierzę w duszę, ale nie lubię jej. Duch, dusza, bóg są dla mnie tak nienamacalne, dalekie.
To co w zasięgu rąk, mojego umysłu - to dla mnie istnieje. Tego się trzymam, choć wiem, że prawda jest gdzie indziej. Nic co ziemskie mnie nie ukoi, nic co duchowe nie da mi spokoju.


wracajac do filmu. POLECAM!
To jest mocne kino, to jest kino w granicach mojej melancholii i wrażliwości.
Larsie Von Trier - tym razem ci się udało.

wtorek, 8 listopada 2011

dziękuję nie palę

Naprawdę uważam, że papierosy śmierdzą, ale te z videoklipu wyjątkowo nie ;)

poniedziałek, 7 listopada 2011

na końcu języka

Wizyta u logopedy.
Igor speszony obecnością pań, z których jedna ciągle zadaje pytania i każe mówić zupełnie bez związku - las, żaba, dryń, korzuszek. Dla dodania sobie animuszu udaje kota liżąc mnie po twarzy oraz głośno komentuje zachowanie pani doktor - Mamo, a dlaczego ona tak na mnie patrzy. Dlaczego ona chce, żebym to powiedział ....
Słowa pan i pani nie chcą mu przejść przez gardło i okazuje się, że to zupełnie naturalne.
Zwroty - 'Pan' 'Pani' są anachronizmami. Spadkiem po okresie feudalnym, kiedy (pamiętamy z historii ;) panowały stosunki senior - wasal, pan i poddany. Teraz jesteśmy niby równi, ale forma językowa przetrwała. 
Dzieci  nie są jeszcze przekabacone, to my (dorośli) nauczyliśmy się używać tych zwrotów w formie grzecznościowej.
Czy Pan, Pani nie brzmią dziwacznie jakby się tak zastanowić? 
- Proszę, oto Pana zakupy, o Panie ;)
 W sumie każdy jest czyimś panem, każdy jest czyimś poddanym, świat  na dobrą sprawę się nie zmienia.

Synek niech się jeszcze nacieszy dzieciństwem zanim poupychają go w szufladach, usztywnią według zasad. Teraz jest najprawdziwszy, nikogo nie udaje, no chyba, że kotka :)
Kiedy kończy się niewinność ? Hmm...dziś w przedszkolu byłam świadkiem niezłej musztry urządzonej przez panią sprzątaczkę.
Dzieci uczy się, jak przestać nimi być przez zakazy, coraz więcej zakazów, po prostu.


wracając do gabinetu.
 - Igorku, a powiedz Szymek. No, jak powiedziałbyś Szymonek.  No... sz..., szyy... -  
- mon - odpowiada Igor
:)

czwartek, 3 listopada 2011

no to co że ze Szwecji

Znowu  dałam sie porwać halnemu marzeń, wywiało mnie nad przepastną Skandynawię. Wyobrażam sobie, jakby to było tam zamieszkać na dłużej, na zawsze?
 Nie wiem czy wymyśliłam sobie sympatię doń, czy jest ona podszyta czymś głębszym np. spadkiem poprzednich wcieleń:) Zawsze pociągały mnie surowe klimaty i by zadość uczynić tej fantastycznej fascynacji zaczęłam sięgać po literaturę, o jak i ze Skandynawii.
 Jednakowoż, proporcjonalnie do ilości przeczytanych książek, obraz w mojej wyobraźni nabiera innych kształtów, boginię Freyę zastępuje paskudny, groźny troll..
 Obecnie wertuję "Polkę" Gretkowskiej. Autorka pisała ją (o ironio) w Szwecji przesiąknięta jej klimatem, często wyraźnie odcinając się od kultury, zniechęcając monotonią krajobrazu itp.
Wchodzę na fora o Szwecji, a tam nagonka na żywność, chleb trocinowy w kosmicznej cenie i cukierki ślazowe idealne do plucia... a gdzie w tym wszystkim świeży pączek i nie przesolone masło?
Nawet kryminały poczytnych autorów z północy zaczynają mi brzydnąć, choć pierwsze wrażenie było absolutnie piorunujące. Coraz mi zimniej w tym dreszczowcu. Chyba nie chcę popijać gorącej herbaty w uroczym drewnianym domku nad jeziorem, mimo iż to jeden z moich ulubionych motywów przewodnich.

Czasem przeglądam w archiwach skany ze Szwecji. To dość stare;) pamiątki mojego męża z dwumiesięcznego pobytu w tym kraju, spędzonego głównie w pozycji pochylonej, w zaroślach jurtonu czyli popularnej tam borówki ( do nabycia w meblowej sieciówce;)
 Niezapomniana przygoda młokosów. Ja nigdy nie miałam okazji i chyba tez odwagi, by zebrać ekipę i ruszyć w nieznane, dlatego coś podobnego szykujemy sobie na przyszłoroczne lato. No, przynajmniej przebąkujemy o tym w stanach lekkiego podchmielenia, bo trzeźwa rzeczywistość wyostrza wizję ukazując przeszkody.


 Lubię te zdjęcia. Widać (mam nadzieję) z czym przyszło sie mierzyć pośród niezmierzonej dziczy....

....na przykład z szukaniem punktów orientacyjnych w przestrzeni 
(najważniejsza umiejętność zbieracza)


wóz zakupiony po wysiadce z promu. (mandaty za wykroczenia drogowe- strach sie bać!)
jedzenie między innymi pływało
gdzie nie spojrzeć woda
  źródło zarobku-jurton:
obiad
sjesta
kolacja
przygarnęła ich  rzeźbiarka-outsiderka
i pozwoliła się rozgościc, o tu:
pośród porannych mgieł
i słonecznych kwiatów

wtorek, 1 listopada 2011

spotkanie z przeznaczeniem

Na blogach zaoceanicznych dynie w pajęczynach. Dużo koloru zachodzącego słońca  w strasznej scenerii pajęczych odnóg i postaci ukatrupiających wzrokiem. W naszych rodzimych granicach dziś łuny. Będzie jasno i szeptem pośród strzępiastych kulek chryzantem.
Ciekawe doznania dla pasażerów samolotów, bo chyba widać z wysokości płomyki cmentarzy.
 Szykowałam się do corocznych objazdów, ale ostatecznie się wstrzymałam. W tym roku zapaliłam sobie czerwone światełko stopu.
L. pojechał na grób ojca.
 Nie czuję się winna, od dawna kalendarz jest dla mnie umownym liczydłem.
 Tłusty druk, że tego a tego dnia trzeba bardziej się postarać w danej dziedzinie, spływa po mnie.
Każdy dzień jest dobry by dać laurkę, segregować śmieci, tudzież wysprzątać grobowe obejścia, ale rozumiem , że pewne schematy porządkują rzeczywistość, ułatwiają życie.
 Nie czuję presji podtrzymywania tradycji, nawet mogłabym się obejść bez świąt.
 Brr, brzmi przeraźliwie smutno, nieprawdziwie? Ja nie czuję się ogołocona z czegoś, raczej wolna.
 Nie powiem, może i jest to dyktowane lenistwem, takie scedowanie obowiązków na tych co lubią, bo ja owszem lubię np zimowe święta, tylko nie czuję wewnętrznego przymusu dbania o ich formę.
 Nie ignoruję, ale też nie związuję się węzłem konwenansów, rytuałów.
Nie raz każą się tłumaczyć, a ja zwyczajnie od słowa tradycja wolę tolerancja.
Nawet jeśli wydaje mi się, że dzisiaj jest święto cmentarnych spacerowiczów, to powstrzymam się od pełniejszych komentarzy. W sumie, co tam moja opinia, juz rozpływa się w ciszy wieczoru.

Myśl o kresach zycia często mnie nachodzi.
Dzisiaj klimat zdjęć w sepii jest wyrazistszy. Dzisiaj przerzucając pergaminowe przekładki rozsnuwam mgłę przeszłości. Pośród rodzinnych, archiwalnych albumów z młodości mojej babci zapodziało się kilka łez i westchnień.

niedziela, 23 października 2011

baju baju bajka

Uzależnienie od komputera - trąbią o nim wszędzie, a szczególnie o dziecięcym. W naszym domu chyba wszyscy złapali bakcyla. Cóż, dopóki nas koegzystencja uszczęśliwia (w znaczeniu pokojowego porozumienia na wszelkich płaszczyznach) nie widzę problemu, nigdzie.
Nieco mnie tylko męczy wydawanie przydługawych poleceń odnośnie pójścia spać, ale z tym bywa kłopotliwie niezależnie od oblegania stanowiska informatycznego. Staram się być wówczas super hiper mega asertywna. Zadziała - nie zadziała..e  tam..
Dzisiaj uciekłam się do wyobraźni, aczkolwiek nie za daleko pobiegłam. Może nie daję tego poznać na blogu, ale  wyobraźnię mam tak wybujałą, że czasem stwierdzam - Jestem na niby 
tia, granice się zacierają....
..ale do sedna
Jesteśmy globalną wioską zasilaną prądem. Bez prądu nie ma kopa do życia, nie ma działania. Niestety tak to funkcjonuje i najczęściej na wysokich obrotach. Ale relaks jest nieodzowny, bezruch musi być!
Sprzęty muszą odpoczywać, dvd odsapnąć, monitorek schłodzić itepe itede.
 Ten to, ale bardziej 'czterolatkowy' komunikat wystosowałam i ...
 - Mamo, ale ja wiem, książki nie są na prąd.
- No co ty, sprawdzimy?


dziecko swojej mamy, po prostu. To wyczucie sytuacji;)

Sprawdziliśmy te książki, a potem, gdy sen zmorzył dziecię, zaczęłam sobie wyobrażać Magdę w studio dubbingowym.
Chciałabym się podszyć pod jakąś ciekawą postać. Myślę, że dałabym radę i przednio się przy tym bawiła.
 To mogłaby być moja bajka, cóż że tych bajek mam całą kolekcję.

 kocie rozmowy o zmroku:

wtorek, 18 października 2011

soul is heavy

Wiedzieliście, że Nigeria jest trzecią co do wielkości wytwórnią filmów fabularnych, zaraz po USA i Indiach? Ukartowało się nawet określenie Nollywood.
 Wiedzieliście, że 1/5 mieszkańców Afryki zasiedla Nigerię, która liczy sobie 165 mln. obywateli ?
Wiedzieliscie, że jest najwiekszym dostarczycielem ropy naftowej z czarnego lądu i że mimo niespożytych pokładów innych surowców mineralnych nadal pozostaje krajem biednym?
Ja nie wiedziałam, aż do momentu kiedy zaczełam słuchać Nneki i wiedziona ciekawością, również czytać o jej ojczyźnie.

Nneka jest spontaniczną i nie skażoną przemysłem rozrywkowym dziewczyną.
Nie śpiewa o tym, że chce się poczuć wyjątkowo w jego ramionach, ani nie rusza tyłkiem w lateksowych szortach, zmieniajac makijaż co minutę.
Owszem, jest kobietą i nic co kobiece nie jest jej obce, ale przede wszystkim jest mocno zakorzeniona w swojej kulturze, historii i to daje odczuć na pierwszym planie.
Nneka uwrażliwia na los, który był, jest, jej udziałem i robi to z takim wdziękiem i szczerze, że chce się słuchać.
 Gdyby nie ona, nie istniałby dla mnie Jaja z Opobu, czy Isaac Boro.

Kolejna płyta Nneki jest już w eterze, polecam też poprzednie.

Od tego się zaczęło:


w dalszym ciągu jest tak:

czwartek, 13 października 2011

buszująca w tratwie, czyli łowię żniwo na morzu bezsensu

Cóż.  Zapowiadam, nie będzie to ciekawy tekst, bo z dołu wyglądam i jestem mega uczepiona swojego EGO i się mu zamierzam oddać z resztą;).
.
 tytuł bez sensu
 wszystko bez sensu
..ok...coś tam ma sens
 ma cos dla Was sens?

Jest taki ciekawy blog - plantacja farmazonów, jest też taki Wieeeelki żyjący farmazon, ( pewnie nieodosobniony;) - Ja.
 Jestem oszustką, błaznem.

Reprezentuję własny teatr oparty na paradoksie.
 Farmazon ze szczyptą autorefleksji, która prawdopodobnie ocala resztki samoakceptacji.
 Bo zdawać sobie sprawę, że jest sie niepoczytalnym i niezrozumiałym dla siebie to już coś.
 Myślałam że jestem melancholikiem, okazuje sie jestem choleryczną flegmą.
Nie ma we mnie żadnych znaczących myśli, tylko lęk.
Koncept  na życie - brakujące ogniwo łańcucha.

Ok, moje ego już sobie ulżyło, popisało sobie o sobie;)

Zaczęło lać
Jutro będę robić za nosiciela
Będę wspinać się po regałach i układać cenną pożywkę dla moli
Ja, A-mol książkowy

Czytam teraz, kawałek po kawałku,  książkę z gatunku tych oświecających.
 Bez kpiny, mądra jest i dozuję ją sobie jak morfinę.
Trzeba w nią wchodzić pomalutku przy takim niewielkim rozumku jak mój, w przeciwnym razie doświadczyłabym śmierci szarych komórek.
 Ha! Właściwie o to chodzi.....by przestać tak uciążliwie myśleć, nie obciążać się tak tą syzyfową pracą.
zaprawdę istota wszystkiego tkwi głębiej
Brzmi zagadkowo? kontrowersyjnie ?
Gdyby kto był ciekaw - "Potęga teraźniejszości" Eckhart Tolle

Mąż dziś wieczór coś ode mnie chciał.
 wiec zmierzam ku przeznaczeniu:))))


Pozdrawiam z nizinnych mokradeł

piątek, 7 października 2011

zostawiam się w spokoju

Szczęście nie zależy od miejsca, więc i w okolicach fiordów mogłabym kwaśnieć.
Co mi z przeprowadzek, kiedy serce juz ma stałe łącze pod żebrami, tam mu raczej dobrze. Serce żyje we mnie, bije wszędzie.
Czy głowa myśli inaczej w zależności od szerokości geograficznej?
 No, I don't think so.

 Nie ma co się ustawiać na mapie świata, nie ma co się nagłaśniać ostatnim krzykiem mody, nie ma co snuć planów, nie ma czego oczekiwać, nie ma czego rozpamiętywać, nie ma czego się bać.

 zawisnąć w tej chwili
tu i teraz










 (źródło -internet)


poniedziałek, 26 września 2011

kronika rodzinna


- Mamo, wiesz jak jest po angielsku chleb?
- No jak?
- help


z ostatniej chwili:

-Dzisiaj poczytasz mi o ziemi kulskiej!
(na rozwiązanie nie od razu wpadłam ;))


a CZŁOWIEK OŚWIECONY wygląda tak hehe:))


piątek, 23 września 2011

....

Przemyśliwać czy już działać hmm..
To prawie jak nie być albo być i to w nieprzypadkowej kolejności.
Gdyby tak jeszcze działanie było natchnione, pełne optymizmu, wiary, a nie kryjace się w cieniu wątpliwości ..ech... Jestem świezo poinformowana i w lekkim szoku stąd niepewność.
Ale ja wiem co należy.
 Muszę wyjść w samo południe, żeby słońce padało na sam czubek, a ciało nie rzucało ciemnych plam. To będzie epokowe wyjście z cienia;) Hope so...
Rzuciliśmy  monetą i wyszła reszka, co było przypisane do zdania - Zmieniam pracę.
 Mam nadzieje na DOBRE!
Rzut monetą to tylko igraszka, wszystko rozgrywa się oczywiście podskórnie.
Jeszcze tylko 3 miesiące istnienia tego miejsca, gdzie blisko od 7 lat się krzątam, a potem wjeżdżają buldożery i ....koniec pewnej epoki.
Przenosiny maja być w inne miejsce, ale ja ..właśnie....jeszcze odrobinę się zastanawiam, czy skorzystać , załapać się , zaklepać jakąś ciągłość, czy otwierać sie na coś nowego?
Po co te pytajniki, a kysz...
Tak na NOWE!!
 Boze, tylko żeby to NOWE, było takie.
Żeby wniosło coś ożywczego w moje życie.
Najmniej pokrzepiające jest to, że ja nie wiem (jeszcze) czym to NOWE miałoby być.
 Oficjalnie szukam pracy!

poniedziałek, 19 września 2011

oswajanie ducha

Wprowadziwszy się  w nieco odmienny stan świadomości zaczęłam sobie dumać o tejże.
Od razu nasunął się wers pewnej regułki....świadomy praw i obowiązków. Przetransponuję to na żywot niekoniecznie sparowany, bo nawet pojedynczo żyjący człowiek powinien być przekonany o tym co mu wolno, a czego nie. Słucham, widzę, czytam jak nami wstrząsają życiowe konwulsje, pasma porażek przeplatają się z pasmami cudownym chwil. Każdy chce uciec od tych mącących w głowie kłopotków, problemów, utrapień a ciągle do nich powraca, lub one do niego, jak na złość.
 Niektórzy zaś nie napotykają na żadne przeciwności, wręcz przeciwnie są odprężeni, fajnie im w życiu, lubią co mają i mają się dobrze.
Dlaczego jednym przytrafia się więcej, a innym mniej, tego i tamtego?
 Mam za sobą kilka książek traktujących o tzw. rozwoju duchowym i w każdej z nich miedzy wierszami albo w wierszach można się dowiedzieć o jednym - prawie przyciągania, które tłumaczymy najprościej jak się da - Co zasiejesz to zbierzesz.
Juz słyszę...Oho, kolejna nawiedzona, ciekawe co wymyśli?
  Otóż ja już niewiele mogę wymyślić, ja to wiem.
Nieraz marudząc na swój los karmiłam pecha, a z pozytywnym nastawieniem odnotowywałam dodatni bilans wydarzeń. Czasami człowiek tak wiele uzależnia od okoliczności zewnętrznych, a tak mało polega na sobie, ufa sobie. Bo właśnie, trzeba zaufać że źródło wszystkiego jest w nas.
 Powtarzam się (bo juz nieraz swój swiatopogląd  przemycałam na blogu) ale - MYŚLI kształtują rzeczywistość. Normalnie materializują się z czasem. Nazwać to faktem, czy wyznaniem wiary? Bezpiecznie samemu sobie odpowiedzieć, ale raczej to drugie.
No dobra.
 Nakładając tę perspektywę na moją pracę .
Dlaczego zapominam spojrzec wrednemu klientowi w twarz z uśmiechem, spokojem,  pogłaskać po włoskach, pocałować w czółko.
;))))))
zaiste oberwałabym po głowie;)
 nie robię tak bo się opamiętuję i...
 ...nie jestem PERFEKCYJNA!
nie ćwiczę, zapominam.
ale, świadomość jak trzeba pozwala mi się zawczasu zreflektować, naprawić co spartolę, nie powielać błędów..

Podażając tym tropem pomyślałam o Coelho.
Zwać go zaczęli filozofem ubogich, czy jakoś tak. O co chodzi, bo szczerze mówiąc nigdy niczego co napisał nie czytałam? Wiem tylko, ze go skomercjalizowali. W wielu pismach z uporem cytują, wypuścili jakieś kalendarze z jego cytatami,  itepeitede.
 Myślę sobie, chyba facet nie łże, ale czyżby przetrawiał danie po raz kolejny, mielił na papkę? Niektórzy Coelho kochają, inni kpią.
Zastanawiam się, jest li on potrzebny ludziom na pewnym etapie? Może od niego zaczynają przygodę w lepsze życie?

Jedno jest pewne. Dla mnie!
Książki z pozytywnym przesłaniem, dodajace otuchy, sprawiają że budzę się z letargu i chce ukochać cały świat;)))
Nie każdy przecież wie jak trzeba, gubi się, albo jeszcze w tym doczesnym gąszczu nie odnalazł.
Niektórzy dochodzą sensu sami, innym nie zaszkodzi pokazać kierunek. Czynią to wszak nawet w kościołach:)


Jaki jest wasz stosunek do literatury poradnikowo-konsolacyjnej (pocieszającej). Traktować z dystansem, uciekać, asymilować?
 Jestem bardzo ciekawa komentarzy:)

środa, 14 września 2011

scenka

Niekoniecznie tak to wygląda co wieczór, ale domyślacie się scenariusza?

Bez walki nie oddam ;D

 Najczęściej wynajduję zajęcia zamienne...oczywiście nie dla siebie
 Na przykład ćwiczenia ze szlaczkiem. To na pewno stymuluje którąś tam z półkul ;)
 Uwielbiam szlaczki i labirynty Igora. Czasem tak się zakręci, że mam ochotę oprawić i zawiesić.
Nic nie wychodzi mu tak dobrze, a to dlatego, ze nic innego nie rysuje ;)

Olśniło mnie.
 Ja mam zwyczajnie cudowne dziecko, bez żadnych pretensji do rodzica, bez wyrywania sobie stołka i myszki.
 Inna sprawa, że mama nie powinna tyle googlować ;))



sobota, 10 września 2011

rewind

Wczoraj robiłam dobrą minę do złej gry.
 Dzisiaj zrobię dobrą minę do dobrej muzyki.

Moje ostatnie odkrycie:







To trójka rodzeństwa z Londynu - Kitty, Daisy i Lewis
 Grają i śpiewają w stylu retro.
 Muzycznie mieszają rockabilly, swing ,country bluesa,  wplatają nieco trąbki w stylu ska.
 Całość przypomina mi klimat gangsterskich filmów Tarantino, zadymione kluby lat 50-tych , a kiedy indziej dziki dziki zachód lub farmę starego Donalda ;)

Naprawdę fajnie się tego słucha, się przy tym rusza i się ogląda.

Ten videoklip jest rewelacyjny.
Uwsteczniło się rodzeństwo, ale jak pomysłowo!!:))



piątek, 9 września 2011

merde

Ludzie są rózni, jak różne są okładki zeszytów.
Dzisiaj był u mnie jeden gość, co przewracał oczami jak betoniara, bo mu się nie podobało to i owo. Niechcący-chcący przewróciłam też oczami, co było aktem nasladowczym.  Chyba.  Ot tak po prostu papugowałam , zdarza się. Miało być niewidocznie, okazało się nazbyt.
- Czemu pani stroi takie miny? - stara się mnie zabić wzrokiem
- Wcale nie stroję - odparowuję.
 -Dlaczego tak pani robi oczami?
-Mucha mi wpadła  
 Tchórzostwo?
 Chciałam powiedzieć oczywiście coś innego poczynając od słów "słuchaj  bucu jeden...", ale tylko tak sobie pomyślałam i prędziutko się zreflektowałam. Z takimi się nie dyskutuje!
Wszak w pracy pracuję pracowicie, kiultiurę krzewić muszę, zęby wietrzyć i pretensji mieć mniej niż zero.
Ale powiem wam, od niektórych to czuć na odległość.......'LEPSZOŚĆ"

 Co ja się w ogóle będę...
 Tak poza tym, jako przodowniczka z plemienia " Wielkich Manków" dostałam 40 zł kredytu od szefowej. Jak zrobię jeszcze jakiś większy debet na kasiey, to mnie wyleją na zbity pysk.
 Tak że równia pochyła.

Posłucham lepiej dobrej muzyki.

czwartek, 8 września 2011

Śmieci

Istnieją ogrody śmieci.
Widziane z lotu ptaka, wygladają jak obrazy impresjonistów z ruchomymi, fluorescencyjnymi punkcikami - to ludzie. W najdalej na północ wysuniętym cyplu Rio de Janeiro,  prawie trzy tysięczna społeczność "catadores" ( zbieraczy) dzień w dzień brodzi w kolorowych hałdach odpadów wygrzebując to, co niekoniecznie śmieciem musi zostać, co zasługuje na drugie życie.
Każdego dnia do Jardim Gramacho czyli do Ogrodu Gramacho przyjeżdżają dziesiątki ciężarówek wypluwając resztki z wszystkich gospodarsw RdJ, z najbiedniejszych faweli jak  i luksusowych villi .
To największe wysypisko na świecie gdzie ludzie na co dzień również  mieszkają, czasem i po kilkadziesiąt lat.
Można by przypuszczać że ta społeczność to poraniona grupa outsiderów, uciśnionych i sfrustrowanych, ale nie, nie wszyscy.
Uwierzcie, na tym zatęchłym terenie bije niewyobrażalne źródło wzajemnej życzliwości, wsparcia i wrażliwości. Na tle brudu i beznadziei, najostrzej odbija się ludzki potencjał, bo mieszka tu garstka ludzi, którzy chcą życie przerobić na lepsze, nie pogrzebać swojego losu a przeobrazić. Dokonać transformacji zupełnie jak z odpadami. Pokazać, że można żyć godnie nawet wśród ścierwa.
Jak to możliwe?
Żeby przekonać się musicie zobaczyć ten film. Gwarantuję, że nie pozostawi was obojętnymi, spojrzycie na siebie w innym świetle, zamyślicie głęboko.
Przejmujący obraz pełen metafor, odniesień, mądrych słów!

"Śmietnisko" Lucy Walker


To film, który opowiada o genialnym projecie sławnego nowojorskiego artysty Vika Muniza.
 Muniz pochodzi z Brazylii, dorastał w biednej rodzinie robotniczej, ale dziwnym zbiegiem okoliczności udało mu się przedostać do Stanów i zacząć tam błyskotliwą karierę. To co robi Muniz jest innowacyjne, bo jego prace są stworzone z unikatowych materiałów - cukru, kurzu, sznurka...co tylko wpadnie do rąk.
 Facet jest genialny i tak po ludzku, naprawdę w porządku. Kiedy się go słucha, to się mu ufa.  To, co mysli o swiecie, ludziach, sztuce rodzi naturalną sympatię.
 Vik Muniz postanowił stworzyć ze śmieci portrety zbieraczy dlatego zaplanował sobie wśród nich życie na 2 lata.
W wynajętym magazynie, z grupą wybranych osób, 'malował' z  PCV, plastiku, szkła itp ich portrety, potem sprzedał na aukcjach w NY , a finalną kwotę oddał na rzecz społecznosci Gramacho.

Ogladając film poryczałam się, a ryczenie oznacze jedno.
Sami wiecie...

"Nie tak źle być biednym bracie. Gorzej mieć sławę i bogactwo przy robaczywej duszy..."





Vik Muniz



Jardim Gramacho z lotu ptaka





czwartek, 1 września 2011

śniadania czwartkowe

Mam wolne.
Mam wielki wolny czwartek przed soba.
Co ja pocznę z tym czwartkiem.

O 14 odbiorę przedszkolaka z przedszkola i jasna sprawa jak sie potoczy do wieczora.
Ale do 14???

Tak Serio.

 Nie mam  z tym problemu, WCALE,  zaraz jadę na obchod lumpeksów;)
 Mam problem z dwiema tortillami, które przepychaja się wzajemnie w żoładku i żadna nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Mam taki okres, że duzo JEM. Kazda z nas ma taki OKRES, prawda?
Tortilla na śniadanie to zły pomysł, ale forma  w jakiej ja przyrzadzam  jest odkrywcza (dla mnie) i przepyszna i super prosta.
otóż
 Biorę placek i kładę na patelni (nie posmarowanej tłuszczem!) opruszonej wcześniej solą, potem na placek rozpłaszczam cienkie plastry żółtego sera i posypuję niezłym ziółkiem.
 Może byc oregano, bazylia, co tam macie, co lubicie.
 ja najczęściej posypuję słodką papryką albo wykręcam z młynka ognista przyprawę z chilli, cząbru, pieprzu i czosnku.
 Piekło w gębie..mniam mniam.
 Tortille sztywnieją pod wpływem temperatury i z patelni zjeżdzają 'wyprostowne' i chrupiace.
Podzielic na trójkaty i zajadać.

Żałuje, że nie zrobiłam fotki;)

wtorek, 30 sierpnia 2011

tytuł się nie narodził

Czytam o rodowodzie miasta Sosnowiec, w którym mieszkam już 6 lat, a z którym łączy mnie tyle co z ciotecznym kuzynem babci mojej prababci od strony dziadka.  Przesadzam, ale moje więzi z tym miastem są kruche jak ciasteczka
Cóz, nie jestem przywiązana, nie czuję jakby to było moje miejsce na ziemi, gdzie kruszynę chleba podnoszę z ziemi przez uszanowanie, ale obudziła się we mnie chęć dokopania się do jego korzonków i zgłębienie historii . Dokopałam się do 1150 roku...ale nie o tym tak naprawdę chciałam.
Chciałam o tym jak się przejęzyczyłam przy lekturze.
Akurat czytałam o wizycie Jana Pawła II w Sosnowcu, ale zamiast przeczytać miejscem celebry, przeczytałam miejscem celebryty.  Zbulwersowana zaczęłam oskarżać autora o ignorancję. Co?! Jak mógł papieża nazwać celebrytą, buc jeden?!.
 Zakręciłam się nieco, ale zdumiewający jest ten fakt, bo popatrzcie jakie wściekłe oczy robię przy słowie "celebryta". Pianę z ust toczę ;))
 Kiedy spoglądam na te ciąże i nie ciąże gwiazd polskiej rozrywki.  kto z kim zatańczył, co powiedział, jakie szpilki założył, jak sie ubrał, hit czy kit, to ... rzyyygam!
  Nie rozumiem po co się tym tak ekscytujemy, nakręcamy. Ilez można komentować usta Górniak, macać brzuch Muchy, łapać Dodę za cyc, a innych za słowo?
Przeczytałam ostatnio komentarz do zdjęcia -" Joanna Krupa wgryza się w bułkę". No żesz...!!!! naprawdę? to ona jada? bułki? jezu, a gdzie to się stało, pszenną, żytnią? Jak się nie dowiem to umrę w ataku histerii aaa!
Czy głód na podobne informacje jest tak ogromny?
 Czy my naprawdę jesteśmy tak tępi, żeby chcieć to czytać.
 Sorki, ale gazety mają czytelników!

 Celebryci to się jednak potrafią ustawić;)


Z innej beczki.
juz za parę dni, za dni parę...
:)))
WORLD FUSION MUSIC FESTIVAL - AFRYKA


może jednak Sosnowiec polubię.
Dzięki, że są ludzie, którzy jeszcze pomyśleli, że warto i wyhodowali taką perłę.


wtorek, 23 sierpnia 2011

szukajcie a znajdziecie?

Budzę komputer do życia, kubek z kawą stygnie...i co treraz?, taaaa, najpierw blogi. Czytam czytam, ale nagle zapala się lampka - stop. Teraz szukanie ciekawych ofert pracy. szukam. czy takie ciekawe?
Ciekawa praco przyjdź do mnie! Gdzie jesteś ciekawa praco, odezwij się!
Z tego co znajduję w necie, to jakoś nie specjalnie się nadaję, tudzież nie nadaję na sugerowanych falach kompetencji i wymagań.
Nader często trzeba coś biegle, aktywnie, kreatywnie, ambitnie, odważnie, samodzielnie,analitycznie, organizacyjnie, dyspozycyjnie. Średnio znam te przymiotniki w praktyce, a kiedy spotykają się w jednym miejscu, co się często zdarza, tworzą obręcz zaciskającą się wokół szyi.
Mam wrażenie, że praca szuka teraz super ludzi, nawet jeśli sama taką super nie jest.
 Rzeczywistość mnie przerasta.
Postanowiłam więc na przekór rzeczywistości słać CV w miejsca nie całkiem kompatybilne z moimi oczekiwaniami i umiejętnościami, licząc, że może gdzieś nie spotkają się z delete'm.
Może gdzies zaskoczy, prześlizgnie się, zatrzyma wzrok.

I jeszcze gdybym potraktowała to szukanie na luzie.
Przyznała się przed takim pracodawcą.  -Panie, nie potrafię tego co pan wymagasz, ale chce się naumieć, naprawdę, więc daj mi szansę (ubierając ów komunikat w słowa  bardziej wymuskane i trafiające ;)
Dałby kto?

Za oknem skwarek słońca i niby tak pięknie, wiaterek kołysze listkami, trele mele ptaszków, a ja zaliczam opad rąk do kostek.

wtorek, 16 sierpnia 2011

z luźnych, tak zwanych przemyśleń.

Czy nie powinnam teraz tulić się do pleców mojego wybranka,  nucić mu kołysanki, a nie penetrować internet i zgłębiać wasze zapiski? Jakiś obłęd w ciapki.
 Piszecie tak różnie, każdy inny i inaczej. Inność nad innościami i wszystko inność. Co jest naszym wspólnym mianownikiem - to że jesteśmy różni ?
 Najgorsze, a może nie takie znowu złe, jest to, że uświadamiam sobie niekiedy  jak mało wiem, że mam wąskie zainteresowania i ciasnawy światopogląd, ale w  sumie takie porównania nie mają sensu. Cos jednak mam, coś tam sobą reprezentuję (mam nadzieje dobrego;)
Czasem myślę, jaki sens ma opisywanie rzeczy prozaicznych, uczuć które pryskają jak mydlane bańki, myśli które odbijają się nagle jak pasikoniki i znikają na zawsze z moich oczu?
Po co to?
A mimo tej krótkiej refleksji, która umrze w mojej głowie pozostając jedynie zlepkim liter na blogu, mimo to, macam dalej klawiaturę, uderzam w czarne wypustki oddając zarys swojej rzeczywistości.
 To chyba pobudza mój system nerwowy do jako takiej pracy.
myślę też...
 Ludzie!! Lubię Was! :D
Każdy wasz mikrokosmos jest niespotykany i na swój sposób doskonały.
Czy nie powinnam tak zatem pomyśleć o sobie? Moja pisanina jest niejednokrotnie przerostem formy nad treścią, ale tak już mam, to właśnie ja ;)


Odrywam się, gaszę kompa i idę się przytulać.



Dobranoc


niedziela, 14 sierpnia 2011

wolnoć tomku w swoim domku

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Szczególnie po dłuższym wyjeździe te słowa dojrzewają w ustach.
 W domu możesz prawie wszystko, nie przychodzi mi do głowy czego nie wolno;)

 Fajnie się pobujać po drogach, zobaczyć to i owo, wysiedzieć wieczory  w doborowym towarzystwie przy smugach dymu z ogniska, spirali antykomarowej i szumie drzew i wina pod kopułą ;p...ale  każdy, kto lubi swój dom wie, że nie ma jak powroty do własnej wanny w łazience, do łóżka w sypialni  i wyjątkowo  jakoś tak...do balkonu;)
Wyszłam sobie wieczorkiem na balkon, wcisnęłam łokcie w balustradę musnąwszy uprzednio suszki w doniczkach i po cichutku zawyłam do księżyca....poezja;))

Do pełni szczęścia potrzeba po prostu powrotów ;)



z serii  -'Pilica i okolica'
(Kuleczko pożyczyłam sobie owcę jak widać, bez niej nie byłoby jak było ;)




niedziela, 7 sierpnia 2011

czwartek, 4 sierpnia 2011

las gada

powiem wam co jest fajne:

Ubrać się cieplej, wziąć latarkę i wyjść wieczorem, kiedy już ciemna materia opada z kosmosu i żywego ducha nie widać jeno słychać i wyczuwać..
Spacerujesz skrajem lasu, dziecko śmiga tym światełkiem, zmieniając pozycje w czasie i przestrzeni z prędkością ponaddźwiekową i słyszysz nagle żabi skrzek  z naprzeciwka - "Nie świeci sie ludziom po oczach!!", a zaraz potem pieśń elfów - "O, to tylko mały krasnalek" .
Potem wędrujesz dalej bezstresowo i dla odmiany robisz pietra potomstwu nawiązując do smoków zamieszkujących szeleszczący gąszcz, rzucasz hiperludzkie cienie, wchodzisz w świetliste kręgi wtajemniczenia.
To wyjątkowy czas, z szeroko otwartymi źrenicami duszy kiedy przyjemnie się pobać, wejść na nieznane terytoria i uwolnić wyobraźnię.
 Mogę napisać - było nas troje dzieci

Niecodzienne wydarzenia są potrzebne, żeby dogrzebać się do nowych myśli i sądów, przeżuć parę spraw i wysscać z nich kwintesencję, pomyśleć o zakupie grzejnika i upadku nowych mediów, a po dziecinnemu - postrzelac latarką do celów, pogonić znikające punkty, obserwować i eksperymentować z wiązką energii na śpiących Entach.


                                                                                                                                (obrazek z sieci)


Dobranoc

środa, 27 lipca 2011

qlturalne lenistwo

Sami w domu.
Latorośl owija się wokół babci i cioci, 100 kilometrów od domu rodzinnego.
Gdy nie ma dzieci w domu, rodziców tym bardziej;)
Abstrahując od konieczności ciułania na emerytalne kieszonkowe,  w wolnych chwilach staramy się czerpać z zasobów kultury, która to rozkwita w związku z katowickim TAAK.
TAAK! to regionalny projekt, który ruszył w ramach Krajowego Programu Kulturalnego Polskiej Prezydencji 2011. (nazwa jak tasiemiec)
Jest w czym wybierać. Akcja trwa w całej Polsce, w jej ramach warsztaty, koncerty, pokazy z pogranicza fotografii, sztuki, designu, komiksu.
Atrakcji multum.

 29 lipca na Mariackiej nieźle zapowiadające się koncertowanie.
Start o 20.00.
 Kto się pojawi, być może nieświadomie spojrzy mi w twarz;) Bo ja będę obecna obowiązkowo.

www.uwaganakulture.pl

Pisałam o 'Rozstajach' i zawędrowałam na nie.
 Naspacerowaliśmy się jak japońscy turyści, tylko raczej uliczkami mało uczęszczanymi.
Z dala od krakowskiego rynku, którego oblicze zmienia się za sprawą  m.in. komercyjnego 'retroryzmu', który jest moim autorskim  określeniem na komunikację dorożkarska w stylu vintage ;P
Boże mój, gdzie nie spojrzysz konie i karety. Biznes się kreci i to dosłownie.
Poza tym szarańcza turystów obsiadająca co się da. Cóż, my w jej poczet również się wliczaliśmy, aczkolwiek uciekliśmy na peryferia do momentu muzycznej inauguracji festiwalu.
Pogoda była barowa, ale stanęło mimo wszystko przy scenie.
 W strugach deszczu (bywało) i dźwięków (non stop:) można upajać zmysły zdrowo i bez umiaru.
Nie ma jak żywa muzyka, prosto z wnętrza kontrabasu, akordeonu i instrumentów bardziej egzotycznych.

Najbardziej oczekiwana przeze mnie Dakha Brakha okazała się mistrzynią transowego brzmienia na ludowo.
 Byli niesamowici! Naprawdę dobra robota, co jest w istocie tłumaczeniem nazwy ukraińskiego zespołu.

Kilka migawek spod sceny
 Na Kraków w innej odsłonie zapraszam na www.kolorami.blogspot.pl  )


Moishe's Bagel:


 Sedaa:


Dakha Brakha: