poniedziałek, 30 sierpnia 2010

klimat domu i ?????



 słyszy się nieraz ...
 Ten dom ma świetny klimat, mmm...urocze mieszkanko, przytulne...świetnie urządzone...

     Właśnie wierciliśmy otworki pod "domek" na klucze i tak się zadumałam na przedpokoju myśli ...czy nasze lokum, w całej rozpiętości, będzie kiedyś wyglądało, jak mi sie marzy? Czy starczy czasu, pieniędzy i inwencji by wymuskać cztery kąty.
Zmienna jestem jak notowania giełdowe, czy uda się więc zaaranżować wszystko tak, by pasowało? ( mój bzik nawiasem mówiąc).
Się zapewne przekonam....
Obecnie sporo rzeczy jest  z innych parafii, a dzwony biją w  kościołach róznych wyznań...no niestety, były pomysły, było pusto w portfelu, musiały byc kompromisy.
 Wiem jedno, jakbym miała kasę to i Wersal w m-4...Chociaż nie! Wolę bez zadęcia, a bliżej natury....swojej

 Nie rozchodzi się jednak o umeblowanie, ale o atmosferę wnętrza, bo choć na atmosferę składają się też cienie sprzętów, to jednak mnie zastanawia ów duch rozpychający ściany.
 O właśnie! Dom  z duszą. A co to takiego, jak to rozpoznać? Dusza  domu zawiera się w jego wieku i pojawia sie z wiekiem...wiekami?
Mieszkając w blokowisku trudno o taki status, chyba że poprzedni lokator sie mocno przywiązał i ciałem astralnym nam towarzyszy ;)
Czy  klimat wnętrza to klimat wnętrza gospodarzy, ich energia, którą ślą w eter i która przenika załamania architektoniczne i przykuca w kątach na lata?
 No bo jak inaczej?
 Wchodzimy na ten przykład do domu-cacuszka. Wszystko na swoim miejscu, styl zachowany...a jednak cos nas gryzie, coś nas gnębi i wycofuje, a potem się okazuje przy dalszym poznaniu, że właściciel rodem z horroru i choć miał gust, to jednak nie miał serca. Banalny, naciągany przykład, ale wiecie o co chodzi?
 Czy trzeba mieć intuicję, zeby wychwycić klimat miejsca?
(od pytajników już sie roi, a będzie więcej ;)
Co,  jeśli napotkamy na ludzi prostolinijnych, szczerych, życzliwych? Wchodzimy do ich azylu, a tu z rykowiska łypią na nas jelenie, w oczach mienią hipnotyczne wzory tapet, a nozdrza przenika plastikowy zapach kwiecia z wazonów. Czy dobre wibracje gospodarzy zagłuszy wówczas krzyk kiczu?
 Kto wchodząc do tego domu będzie sie czuł dobrze? Każdy? Ludzie z podobnym gustem?
Być może...
 Byc może sie zapętliłam...



Naliczyłam kilkanaście pytajników!  Ewidentnie po 22.00 nie umiem klecić zdań twierdzących ;) W ogóle jestem skrzywiona jak pytajnik ;P

 Jakby kto  się nie domyślił po długim poście (w znaczeniu - abstynencji i wpisu;) wróciłam na wirtualne łono.
 Macie racje w poprzednich komentarzach...wszyscy:)


niedziela, 29 sierpnia 2010

detoks

Niedysponowana jestem.
Zakręcili mi kroplówkę i teraz żebrzę na izbie przyjęć niedzielnych ...u moich rodziców.
 W osobistym domu netu brak...boli, oj boli.
Boli całe osiedle, a lekarzy jak na lekarstwo. Jakieś zawiłe operacje na otwartych kablach w toku, ale zanim się sieć wybudzi to troche prądu upłynie.
Wstrzykuję sobie morfinę z lektur napotkanych...troche uśmierza, ale ja chce wrócic do mojego nałoooogu...

 Tak tylko wpadłam przelotem ;)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

.....

Powrót do pracy pod kontrolą. To znaczy , tak mi się wydaje.
Ów fakt, gdzieś deep we mnie  siedzi i się myśli, ale ogólnie codzienność go zagłusza. Cieszę sie, (staram )  lenistwem przedkomputerowym, brakiem przymusu wczesnoporannego wstawania,  mozliwością jedzenia nie tylko w przerwach, wychodzenia na zewnątrz w porze dowolnej.... Celebruje ostatni tydzień ;)
Dżin z tonikiem się sączy, a ja  zastanawiam nad psychologią dziecka.
Moje jednorodne ostatnio daje  w kość, może nie tak bardzo jak te supernianiowe, ale zaskakuje inwencją w mieszaniu i wkurzaniu swojej rodzicielki (rodzicielów).
Hiper-przekora! Wszystko robi wbrew, na opak, byle inaczej. Posłuszeństwo?? a co to za słowo?
Prosisz się , oj! nie będzie ci dane, a raczej zrzucone, rozerwane, rozlane, niezjedzone.... Mozna mnożyć przykładów.
Kochasz mamusię Igorku - Nigdy, nikogo....pada odpowiedź   
 A tatusia kochasz? - Nie , nie lubie, nigdy, wcale...
 tia...;)

 Najlepszy jest tekst który dzisiaj przeczytałam na chybił trafił w necie:

Mieć trzylatka to prawdziwa rozkosz. Dzieci w tym wieku stają się otwarte i gotowe do współpracy. Pogodne, mało konfliktowe. Nie mają w sobie nic z "potwornych" dwulatków. Nie chce się wierzyć, prawda?

 No nie chce!

piątek, 20 sierpnia 2010

cogito ergo wzdycham

Miejsce akcji - centralny układ nerwowy, okolice wzgórza w kierunku zwojów podstawnych; godzina 8 rano czasu bezkofeinowego.


- Witam zamyśloną panią. Jak się miewa, dokąd zmierza?
 - Dzień dobry, a może i nie.... Czuję się jak wyżęty synaps, a zmierzam w impas najprawdopodobniej. Wśród tych strzępów nerwów całkiem straciłam orientację.
- Uuuu... dobrze zgaduję, że pani z tych czarnych? Podobno mają na was nałożyć embargo, bo siejecie zamęt w ego.
- Co pan ?!...Poranna jestem, leniwa i marudna nieco, ale do czarnych mam dystans,to sekta. Ledwo sie podniosłam z łóżka a tu każą iść, rozkojarzyło mnie to zupełnie.
- W takim razie przepraszam i zapraszam na lampkę lecytyny, podnosi koncentrację w try miga
- Eeee...no nie wiem...
- Prosze wybaczyć, nie przedstawiłem się. Jestem "kupić pieprz i majeranek". Już zapisany na papierze, więc jakby nieistotny, bez znaczenia.
 - No co też, niech pan tak o sobie nie myśli.... ostatecznie każdy z nas tu tylko przelotem, na chwilkę...
- Fakt, łatwo się zapomnieć. Tak czy siak, dziękuje za uprzejmość.
- Spoko koko....Uffff, czuje pan ten ścisk. Ewidentnie coś nas wypiera.
- Domyśliła się pani?
- Czego?
- Masowe wysiedlenie do podświadomości.
Nawiedził nas myślokształt o niepospolitej sile i trzęsie całą istotą szarą. Plotkują, że zawarł  układ ze sztabem hipokampu na nietykalność i buduje jakiś kompleks na zapleczu potylicy.
- Ooo! brzmi niepokojąco, to faktycznie musi być refleksja wielkiego kalibru. Każe się chociaz jakoś nazywać?
-A jakże! Wyraźnie i zdaniem złożonym - "Powrót do pracy z 1 września, po 4 latach urlopu wychowawczego"

środa, 18 sierpnia 2010

powrót do przeszłości

Igor wyciagnął i rozłożył swój zestaw "biletów". Tak nazywa wszelkie moje skarby...stare pocztówki, walentynki z czasów szkolnych, wierszyki, ulotki, notki.... rzeczy, z którymi łączy mnie nostalgiczna, niegasnąca miłość.
Miłosć to może przesada, ale plan.
Plan by na starość odgrzebać wspomnienia, poszturchać senną pamięć i zadać jej elektrowstrząsu;)
 Dla małego to świetna stymulacja wzrokowa,  układanka powodująca korowód pytań z gatunku - a co to?
 Do zestawu archiwalnego, dokoptowały tez własnej produkcji ramki, które czekają na realizację projektu naskalnego w naszej śpialni;)

 Czasami fajnie jest wyciągnąć cos z osobistego lamusa.
Nie wątpię, że każdy taki sobie hoduje. Przynajmniej mam nadzieję, bo inaczej to może wiele stracić, chyba, że rozwiązuje pasjami krzyżówki i nie straszna mu skleroza; ))








  

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Świat traktuję z wysoka...

 a konkretnie, z góry Żar ;)

dla kontrastu z gorącą nazwą, chłód znad zbiornika elektrowni szczytowo-pompowej
( na pamiątke, kropla wody na obiektywie):

 
Na Żarze ludzie palą sie do skoków na paralotniach.
 Jeden ze śmiałków zapina się na ostatni pasek ...
 ...by juz po chwili dołączyć do "nadętych" kolegów.
 Jednym zdaniem: Paralotnie górą!

Patrzyłam też uniżenie znad tafli jeziora, podczas gdy inni z niego korzystali:

 Ogólnie było na co spogladać, ale za rok koniecznie nad morze:)


sobota, 14 sierpnia 2010

Enta potęga lasu

My juz zawróceni.
 Urlop brzmiał prawie jak ukrop..ufff..słońce dało nauczkę uparcie się doń modlącym.
Wcale szybko nie zleciało, czyli, że nudno?
 Niekoniecznie.  Każdy dzień smakował inaczej, choć z wyczuwalną, słodką nutką lodów pobitych smietaną;) Przywiozłam osobisty nadbagaż, który muszę wytopić (ale to juz inna bajka)
Jezioro...
 Jezioro Międzybrodzkie czystością nie ujmuje, ale widokowo jest całkiem całkiem. Przede wszystkim liczyły sie góry i cień lasu. Nie miałam zanadto okazji do wysokopiennych spacerów, ale podeszłam na jeden szczyt trzy razy, co napawa mnie dumą ;)
Z wód wolę zdecydowanie morza, ale góry podziwiam za ich niewzruszoną siłę i leśne zaszycie. Zaszycie, nie inaczej. Bo drzewa sa ukoronowaniem gór, piękną, ponadczasową fryzurą ziemistych zboczy.
Kiedy człowiek, o imieniu Magda, samotnie zgina stopy na szlaku, drżąc nieco przed dzikimi świniami i wężami, uspokaja się mogąc odpukać w niemalowane;)
 Drzewa przyjmują i odbijają lęki, są po prostu odpromiennikami złych myśli.

Posuwając się ku wierzchołkowi zdobyłam się na eksperyment. Przecież czytałam i wyczuwam energię roślin i drzew, a dotąd nie spróbowałam sie tulić i pozytywnie napromieniować:)
Dlaczego?
 Wzięłam więc w objęcia kilka drzew, nie znając gatunku i nie wiedząc czym się ze mną podzielą. Przystępowałam z drżeniem serca, w poczuciu...że to dziwne? Chyba tak, ale w momencie zetknięcia, drżenie wszelakie było uziemiane. Spokój, to słowo przychodzi mi najłatwiej, by opisać co czułam.

Drzewa z jednej strony mnie smucą, z drugiej unoszą pierś czułym westchnieniem.
Stoją w jednym miejscu, na zawsze (nie licząc scięcia)
To 'na zawsze'  staje mi w gardle , dławi.
Niewzruszoność istnienia wbita korzeniami w ziemię jest klaustrofobiczna.
Z drugiej strony - siła, spokojne poddanie przeznaczeniu, akceptacja misji, twardy pancerz kory na przekór wiatrom zmian.
 Mieć tyle pokory, ile drzewa mają w sobie. Czcić swój los i nie wyrywać sie ku nieznanemu, by poczuć życie mocniej i inaczej...

W górskich lasach myślę o gonitwie codziennej, o tym że muszę wracać na ziemię, w dół i żyć, przemieszczać sie, przec do przodu w celu nie całkiem zdefiniowanym i niewyraźnym, a one ..... one wybiły sie mimo tego.

niedziela, 8 sierpnia 2010

odpoczynek

Od jutra spędzamy tydzien nad jeziorem Międzybrodzkim. Mam nadzieje, że pogoda dopisze, a parasole prześpią czas pod kaloryferem.
Życze nam i wam duzo sierpniowego słońca!
Do widzenia :)

sobota, 7 sierpnia 2010

owoc do picia

Nigdy za nim osobiscie nie przepadałam, wydawał sie nie do udźwigniecia i przypominał o cięzarze mojego jestestwa;)
Ponadto naiwnie zielony z wierzchu i cholerycznie krwisty w środku. Kontrastowy charakterek i to jeszcze nabzdyczony pestkami. Za duzo przy nim dłubaniny i samo lanie wody.

Odkąd mam dziecko, które lubi (z owoców) tylko arbuzy, sytuacja diametralnie sie odmieniła.
Polubiłam kawona i  siorbiemy go rodzinnie;)
Czasem pojawia się na deser, ale bierze również udział w sałatkach przepisu mojej mamy.
Wszechstronny grubasek no i co tu kryć,
słodki jest...tylko pytanie, ile zastrzyków z glukozy dostaje, by tak osładzać zycie. Słyszałam o takim procederze hipermarketowym i tu małe ziarnko watpliwości  zasiewam.

  soczyste kawałki z ostatnich chwil zycia:



pożeranie
bez litosci

smakowanie
 subtelne

i uśmiech ar-buziowy mimo wszystko:)

środa, 4 sierpnia 2010

post z gruntu, zielono-czerwono-biały :)

W tym roku chciałam mieć balkon jak marzenie, ale zabujałam w obłokach zanadto i się nie urzeczywistniło.
 Posadziłam gladiole. Na balkon! Ogrodniczka ze mnie mierna to i pomysł-niewypał. Gladiole, owszem, wystrzeliły jak miecze, tną powietrze na wysokość prawie metra, ale nie wybujały kwieciem.
To znaczy jedna wybujała i pachnie upojnie. Jedna na sztuk 6 !
Postanowiłam upamiętnić łaskawość natury i gleby doniczkowej, która w drodze wyjątku, albo pod wpływem moich zaklinań, pozwoliła w pełni ujawnić potencjał małej cebulki.
Biała rzecz, a cieszy :)




Mam baaardzo zielony balkon - rój lisci i igieł, zero barwnych płatków.
Lubie kwiaty układać, ale z sadzeniem mam problem:)

Nie wiem czy lepiej, ale zapewne częściej wychodzą mi rzeczy materialne, nad którymi mam pełną kontrolę i które w zupełności zależą od mojej wyobraźni i zreczności dłoni
Kolczyki.
Kolczyki dla Moniki
 Niech tam, pokazuje juz teraz . Kulka gdzieś miedzy jeziorami i leśnymi skrzatami:)
 Mam nadzieje , że choc troszkę sie ucieszy po przyjeżdzie, chciała cos w takim stylu
(I hope;)


 A teraz mówię dobranoc, żegnając sie księżycowym arbuzem. Taki przedsmak kolejnego postu ;))



poniedziałek, 2 sierpnia 2010

dzień za dniem....

Starzeje się, przemijam, ubywam....i głupieje od myślenia o tym fakcie.
Dodatkowo zaprzatają mną mysli z pogranicza. Mam juz taka kostrukcję ażurową, ze przenikają przez nia straszne strachy, lęki lękliwe...Pewnie każdy tak ma, że czasem go nachodzą mysli o tym, że jest śmierć - nie ma mnie.
Bo przyjdzie dzień, że świadomość nie odpowie na egzystencjane pytania i jeśli kto wierzy, zostanie dusza, która już zna odpowiedź i gna do światła, lub kolejnej macicy.
 Czy naprawdę wierzycie, że życie jest tylko jedno?
 Kwestia wiary nie podlega dyskusji, ale moim zdaniem to wielkie marnotrastwo czasu, tak życ i umrzeć, tylko raz. Raz nie wystarczy, by nauczyć się bycia człowiekiem, by zrozumieć o co w tym wszystkim biega i sie zwyczajnie udoskonalać i zbliżać do boskości, by w końcu zostać przez nią wchłoniętym.
 Ateista mnie wyśmieje, katolik byc może nie zrozumie...
 Każdy ma jakieś swoje refleksje i przewidywania w temacie  - Życie.
 Jak wierzycie?
 Pytanie nazbyt osobiste?
 Nie blogowe?
 Ja czuję się usprawiedliwiona wieczorową porą. Kiedy się sciemnia, drąży mnie tęsknota za ostateczną prawdą, ale sie powstrzymuje od poznania, bo smakuje mi ów sen na jawie....