środa, 30 czerwca 2010

nocne flesze


Katowice w świetle dnia sa wypłowiałe i szorstkie, architektura kładzie na nich kanciaste łapy monstrum i zagrabia zieleń.
Zabudowa przytłacza i w sumie nie ma na czym oka zaiwiesić, pozachwycać sie czym.  Szaro buro i kwadratowo.
 Pewnie wiele jest takich miast, ale ja poznałam dobrze akurat Katowice, siedząc w tramwajach, autobusach, przebierając nogami po chodnikach.
 To typowe miasto handlowe, gdzie witryna dotyka witryny rozmywając cień zabytkowych ornamentów ( bo stare kamienice nie są ich wcale pozbawione!)
Po tym mieście się nie spaceruje, tutaj się wręcz, albo zaledwie, porusza.
Tutaj się też nie odpoczywa z własnej, nieprzymuszonej woli, ale raczej z przymuszonej, wywołanej  opuchlizną nóg czy koniecznością zerknięciea do torebki.
 Mnie przynajmniej trudno tu zwolnić chód i myśli.

Niepochlebnie sie wyrazam o stolicy regionu, ale zmienię to wraz z zachodem słońca, bo chodzi o to, że miasta, nawet te brzydkie, zyskują nocą. Katowice zyskują:)
 Przykryte aurą jaskrawych swiateł , które halogenową kreską poprawiają ich niedoskonałą urodę i intrygują brokatową powłoczką.

Światła to kompletny makijaz wieczorowy, idealnie skomponowany do każdego typu aglomeracji.
Niby tylko trik i sztuczka , ale jednak magiczna w swej istocie.

Niedawno temu, nocą i wiadomo gdzie ...













poniedziałek, 28 czerwca 2010

ko(sz)mar mijającego lata...

Zdruzgotana jestem. Żniwa mię wykończyły. Takie te zniwa zielone, wysokie, chleba z nich nie będzie.
Na wsi chwyciłam za kosę i żęłam jak nawiedzony Piast. Ciotki zza miedzy sie przyglądały i rozdziawiały, na moje zamachy z półobrotu.
Ano, miałam kaprys, a teraz jestem bijacym (ukatrupiam co podfrunie ;) źródłem kwasu mlekowego i pewnie dlatego komarzyce tak do mnie lgną, a ja je z ręcznej dubeltówki - plask plask.

Zdaje się jestem ucieleśnieniem komarzych marzeń przez te prace polowe.
Przeczytałam, że komary zwabia zwiększone stężenie dwutlenku węgla w wydychanym powietrzu, kwas mlekowy i inne składniki potu w tym piwne zapachy.
 Wszystkie te składniki zapewne wydzielałam w nadmiarze, tym bardziej ze harówka była podchmielana sporadycznie, by stać sie z czasem rozrywkowym zajęciem ;)

Dzisiaj jednak poczułam na własnej skórze, co znaczy być mądrym po szkodzie.
Nie pomógł gęsty obłok Antybzzz, w który weszłam zanim wyszłam z domu.
Nie pomagały kolejne warstwy Antybzzz nakładane na spacerze. Komarzyce nie siadały od razu, ale krązyły i lustrowały, w  końcu znalazłszy skrawek niezroszony posilały się.
 Jestem widocznie wyssana!
Jestem ofiarą ospy i rózyczki w jednym
Jestem drapieżcą zajadłym i doświadczam tego na własnej skórze.




 Co kusi krwiopijców w kilku szczegółach:

1. Wysoki poziom cholesterolu
"U niektórych ludzi cholesterol odkłada się głównie w tętnicach, u innych bliżej skóry", a cholesterol na skórze przyciąga komary. Wniosek: jedz zdrowo, a przed wyjściem na zewnątrz weź prysznic (yyy?...by wypłukac cholesterol z porów? )

2. Zapach piwa
Japońscy uczeni odkryli, że komary wolały lądować na ludziach, którzy wypili zaledwie małe piwo, niż na tych, którzy gasili pragnienie innym płynem.

3. Twój oddech
Niektóre gatunki komarów potrafią wyczuć dwutlenek węgla z wydychanego powietrza z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Trudno się powstrzymać od oddychania, ale na pewno warto się nie przemęczać, gdy nadlatują. I raczej nie machaj rękami. Komary wyszukują z daleka ofiary zapachem, na krótkie odległości raczej ich wypatrują – a przyciąga je ruch.

4. Podwyższona temperatura
Komary mają niezły układ termodetekcji. Dlatego najchętniej siadają na kobietach w czasie owulacji, dzieciach i młodych facetach


Strzeżcie sie, wróg bzyczy!

piątek, 25 czerwca 2010

bez konkretnego tytułu...

Wieść niesie, że męski świat osadzony jest w konkrecie, że płeć, ta druga, stąpa mocno po ziemi, nie owijajac w bawełnę, nie lejąc wody, nie plotąc co ślina na język przyniesie.
 To taka z grubsza obiegowa opinia z  mocno sfatygowanej  szuflady, bo są przecież mężczyżni gaduły, marzyciele ... Bywa też mnóstwo stanów pośrednich, bo indywidualność wymyka się jakoś płciom mózgu, moim zdaniem. Nigdy też na nie (różnice) baczniejszej uwagi nie zwracałam.
Są męskie kobiety, kobiecy faceci ( jakkolwiek by to zabrzmiało;P)
ale do czego zmierzam...
Na pytanie jak to jest być tatą usłyszałam - pytanie: Ykhmm...ale jak ci mam odpowiedzieć? Chyba nietrafiona pora, brzask, parząca się kawa i ulatniajace dopiero co sny.
 Odpowiedź ta jednak wymyka się wydzielonym przeze mnie przegródkom - ani konkretna, ani wylewna, po prostu żadna ;P
 Dopytam później, choć i tak sie domyślam prawdy, a wyrafinowanej odpowiedzi nie spodziewam ;)


Dziś, pod wieczór wybieramy się na malowniczą wieś podkrakowską, gdzie czeka na nas chatynka i zielone poletko do hasania.
Liczę na odrobinę wolnego czasu i samotny spacer nadwiślańskim traktem, o ile jest to możliwe po ostatniej powodzi i o ile nie popada :/
Czy myśleliscie kiedyś o zamieszkaniu na wsi? Ja czasem fantazjuję w tym temacie. Może za kilkanaście lat się uda postawić tamze jakiś twardszy fundament, na razie ciągnę swoje zblokowane życie na iście betonowych podstawach.

Włączam tryb segregująco-pakujący.

Miłego, ciepłego weekendu!!


środa, 23 czerwca 2010

......

pokuszę sie o mały emocjonalny ekshibicjonizm:)

kocham mojego męża jak anieli :))

Ostatnimi dniami było napiecie i dochodziło do zwarć, ale w moim zamknietym obwodzie.
Chodzi o takie babskie sprawy..typu...będzie potomek, czy też fałszywy alarm , a jeśli fałszywy to co to ciało wyprawia i niech nie igra, bo dostanę fixum dyrdum..bla bla bla....
Światełko czerwone jarzyło jak diabli. We dnie i w nocy pulsowało spać nie dając. Po raz  drugi w zyciu weszłam w poczekajkę na przystanku Dziecko-wice.
Fotoplastykon pieluszek i sliniaczków przesuwał sie przed oczami miarowo, acz bezustannie. W koncu rzekłam mężowi, że ekhmmmm...zostaniesz tatkiem na bis raczej ( i to w przeddzień dnia taty)
Nie wiem czego oczekiwałam, ale bacząc na nasze finasowe rezerwy, a raczej ich brak słyszałam już w myslach zgrzytanie zębami i widziałam przewracanie oczami i stukanie palcami o blat. No, nieciekawie mi sie to jawiło.
 Usłyszałam w swoim kierunku....nooo mogłoby być
Ono mogłoby :)
Jak ja sie z tego cieszę, że mogłoby.
 Niby tylko mogłoby, ale dla mnie to jak obietnica "tak"
Wiem już , że nie będzie, ale to że mogłoby, w skrytości mnie opromienia i nastraja majorowo, bo to własnie chciałam usłyszeć.
Abstrachując od oczywistych trudów i chwil zwatpienia;P, bycie tatą musi byc porównywalnie fajne do bycia mamą. Jest inne jakościowo i ma inna perspektywę, ale musi dawać frajdę. Miłośc wszystko tłumaczy:)
Jak to jest być tatą?
 Idę spytać...

piątek, 18 czerwca 2010

muzycznie, klubowo, kolorowo, hipnotycznie, inaczej...

Wczorajszy wieczór upływał w deszczu kolorów i nut, był roziskrzony do granic mozliwości i wizualnego kiczu.
Kicz był zamierzony i bardzo na miejscu, po prostu pasował do muzycznego klimatu jaki zapodała podczas koncertu w katowickiej Hipnozie Cibelle (jej adres myspace dla ciekawych).


Tą brazylijską artystkę, bardzo wszechstronną i oryginalną, poznałam parę lat temu.
Od razu przypadła mi do gustu. Pierwsza płyta , najbardziej popowa i melodyjna wpadła mi w ucho o właściwym czasie. Jej późniejsze albumy dojrzewały i zmieniały się razem ze mną.
Obecnie to tygiel róznych gatunków, od bossa novy przez punk po jazz. Zresztą bardzo zgrany.

Cibelle jest dla mnie fenomenem scenicznej i muzycznej kreacji. Jej występy to kompletne, wyrafinowane show, gdzie muzyka wciela się w tło, tło w muzykę, wszystko harmonijnie przenika, buzuje i czaruje.
Wczorajsza feria barw i dżwięków osnuwała i opętywała w magiczną sieć. 

Sama Cibelle jest  bardzo pozytywna, bije od niej fascynująca łuna :))


Klimat Hipnozy



otóz i Cibelle na koncercie

Poniżej ładniutka piosenka :) 
Jedna ze starszych, spokojnieszych i moich ulubionych




a to utwór z najnowszego albumu:

czwartek, 17 czerwca 2010

cała naprzód ku nowej przygodzie....

Podczas kolejnej, jakże zmysłowej, podróży po blogach zbłądziłam do twórczego pokoju.
 Jako że nosiłam się z zamiarem ukształtowania kartki na dzień taty, postanowiłam  stworzyc ją na wzór podanej mapki.
To moje bardzo pierwsze mierzenie sie z wyzwaniem, rzucanym przez utalentowane i doświadczone "skrapczynie" z tego artystycznego salonu i w ogóle :)
Balonowy pomysł wpadł niedawno, skrystalizował sie podczas oglądania prac z takim podniebnym motywem..miedzy innymi u przezdolnej i prze-pomysłowej Cynki , od której (jak i od wieeeelu innych dziewczyn) czerpię inspiracje.

Na załączonych obrazkach nie ma dedykacji (w lewym dolnym rogu kartki), bo ciągle się zastanawiam, co wpisać tacie i jak to wpisać:) Myśle, że nie stanowi to problemu i że praca zostanie zaliczona w poczet "wyzwaniowy" ? ;)Litery jakoweś pojawią się na pewno.

Otóz i moja fantazja podniebna, w stylu safari :






Dziękuję za spojrzenia i miłego dnia życzę, bo jasno sie zapowiada!!

poniedziałek, 14 czerwca 2010

rózne takie story

Dzieki za życzenia urodzinowe, baaardzo !! Uśmiecham sie do Was bananowo i przyjacielsko ;)

Dziś dla odmiany bedą....nooo co?
(tu przeciągam strunę)

?
?


ZDJĘCIA będą  ;D

Upały, upały i po upałach, ale jeszcze przedwczoraj toczyła sie w kuchni walka upałów z wiatrakami..wia-tra-kiem...
Uczucie  jak podczas sztormu na pełnym morzu, prawie;) Za żagle robiły małe wstążeczki podoczepiane do szprych. Wstążeczki były (są) żółte, zdjęcia czarno białe, ale biel złamana adwokatowym kremem czyli jakby okolice żółtego też;)



Kiedy upały sie skończyły, nagle zaczęły się gromadzic chmury. Jak sie juz zeszły gromadnie, to ułozyły w takie obłe kształtki i zaczęły kipieć . W momencie zagotowania spadł deszcz i zagrzmiało od stu piorunów. Siedzieliśmy z synkiem na balkonie wsród tych targających niebo strzał i tak się zapatrywali na nie.

Niebo w rzeczywistości nie miało aż takich kolorów, ale mnie się wydawało, że ma:))
To etap pierwszy- chmur gromadzenia:



Żeby było kolorowiej, berdziej kolorowszo...eeee..berwniej:)) pochwalę sie jeszcze scrapem, czyli papierowo opowiedzianą historyjką.
 Igor z lupą czyli..."ciekawość to pierwszy stopień do.....życia"


a dla zrównania kolorów zimnych i ciepłych, jeszcze Wieżyca Niedzielna zbudowana wspólnymi ręcami :)


piątek, 11 czerwca 2010

Jedyną stałą rzeczą w życiu jest ciągła zmiana.

Właśnie ukończyłam kolejny poziom życia z wynikiem 33 i otrzymałam promocję do klasy następnej.
Chce sie uczyć dalej :)

Mój portret pt. "Kobieta z przedziałkiem" ;D
 (pół kobieta pół dziecko raczej)
27 lat różnicy na przecięciu lini ..ech...

środa, 9 czerwca 2010

Wspomnień czar...

No tak, Ogrodzieniec jest juz wspomnieniem w perspektywie historycznej jak i naszej, familijno-wycieczkowej.
Z drugiej strony, choć to ruiny to jednak żyją. Odradzają się z kazdym turystą i mają się bardzo dobrze. Zakonserwowała je komercha.
Najeżdżając na zamek kilka dni temu miałam nieodparte wrażenie, ze najpierw postawili tu stragany i inne "cywilizowane" atrakcje, a potem dopiero nawieźli tych kamieni jurajskich i utoczyli z nich gród.
Trudna i mozolna jest droga na zamek, szczególnie z trzylatkiem o rozbieganym spojrzeniu.
 Zanim przestąpilismy most zwodzony, zwiodła go przeróżnej maści tandeta.
 Tandeta sredniowieczno-renesansowa. Mix lepszy niż knorra.
 Sztylety, toporki, maczetki, a dla panienek wianki z welonami.
Dmuchane pałace, strzelanki z łuku i inne widokówki.
 W końcu dotarliśmy na wzgórze, jeszcze nie było tyle ludu i wolna lipa się znalazła, więc usiedliśmy a odpoczęli w jej cieniu.
Móc spod tej lipy napawać się li i jedynie widokiem białych skałek, pozostało niestety pobożnym życzeniem.
Między zamkiem, a skałką, w odległości 140 metrów, rozpostarto bowiem linę "przejażdżkową", takie horyzontalne bungi.
Można sobie było spozierać z dołu na wrzynające sie w pośladki fruwających, uprzęże ;)
Jak małżeństwo liczykrupów (nas) się zbierze do pary, to się włącza kalkulator mentalny, więc obliczylismy według wzoru, że sekunda takiej zjeżdżalni kosztuje 1,40 zł !!!
Ale biznes! A skorych do takiej przygody było sporo.
Nic tylko plagiatować i zarabiać na szlaku Orlich Gniazd.




Dawno dawno temu, był sobie w miarę pusty zamek:


urokliwy, choć dziurawy


nikomu nie wadził, a jednak najechali go

w popłochu brano dobytek i dziatwę i chowano w komnatach
                                             niektórzy desperacko próbowali sie katapultować

 na odsiecz przybył dzielny młody Woj, czy też Wiking

ale nie dał rady w pojedynkę, więc zawezwał Dartha Vadera

ten pozamiatał, a później Wajda nakręcił o tym film

HAPPY END

sobota, 5 czerwca 2010

na północ...


Czasami jak się zasiedzę przy kompie, a nagle pojawi sie koło mnie mój pierworodny, to w przypływie wielkiego tsunami wyrzutów sumienia rzucam wszystkim, myszką klawiaturą..kubkiem i jestem otwarta na wszelkie jego sugestie.
Więc przyszedł był do mnie ów syn przed jakąś chwilą, taszcząc  pokaźny, zielony tobołek  i wypowiadając zdanie - Mamo namiot.
Rozłożymy go!! - odezwałam się euforycznie i w momencie realizacji zamysłu wysypałam na podłogę pół bałtyckiej plaży. Sie posypały wspomnienia, sie przyplątała nostalgia, ale cóż, trzeba było pozamiatać , a namiot wziął prysznic i obecnie paruje na balkonie.

tak więc do wspomnien wrócić chciałami coś "znadbałtyckiego" wykopałam



Bałtyk - morze moje najulubieńsze, a byłam nad trzema ;)
Lubię jego szare kolory i klimat, taki juz skandynawski nieco. W ogóle to jestem potomkinią Wikingów;) W poprzednich życiach chyba miałam białe włosy (na zdjęciu fatalnie żółte hehe), a z karmicznych resztek została mi już tylko sporadyczna nieobliczalność ;P
 Widziałm tez ostatnio, dobrze po północy, film mocny i rzeźnicki pt. "Valhalla Rising"
O Wikingach, a jakże.  O zbłąkanym, głucho-niemym, narwanym i ekscytujacym jednookim wojowniku zwanym Jednookim ;) ( Mads Mikkelsen - robi wrażenie tatuażami i nie tylko!)
Obrazy surowe, wiatry porywiste, mało słów, najwięcej czynów...tak właśnie musieli żyć dawno dawno temu, kiedy ledwo mozna się było natknąć na człowieka, zawsze miało tasak przy sobie i ślady krwi na przyodziewku..brrr.
Polecam kino, zwłaszcza Panom, ale Paniom tez polecam.
Tutaj obrazek zaczerpnięty ze Stopklatki:



Skąd tytuł?...poszperałam, wyczytałam, że w skandynawskiej mitologii wszechświat składał się z trzech warstw: bogów (górna), ludzi (środkowa) i istot podziemnych i umarłych (dolna). Bogowie należeli do dwóch głównych dynastii: Asów i Wanów. Ich siedzibą był Asgard, gdzie znajdowała się Walhalla, siedziba boga Odyna. W Walhalli gromadzili się wojownicy polegli w boju, oczekujący z Odynem na ostatnią bitwę przy końcu świata - Ragnarok.
Łał!! ;)
Z innych ciekawostek, to była teoria ze MieszkoI ten co z nas zrobił chrzescijan, jakoby nosił imię Dagone wywodzące się od skandynawskiego Dagr. Tym samym miał on być wikingiem, który przejął władzę w państwie Polan, ale ta teoria ponoć faszystowska jest.
Ciekawostka osobista:)
Imie mojego syna brzmi Igor, a wybralismy je z tych powodów:
Igor — imię męskie pochodzenia skandynawskiego, przekształcone z pierwotnego Ingwar (Ingvarr), na gruncie języka staroruskiego. Imię to jest złożone z członów: Ing-, prawdopodobnie pochodzącego od imienia jednego z bogów germańskich, oraz -war, pochodzącego najprawdopodobniej od staro-wysoko-niemieckiego słowa wart - stróż, pasterz.

bye bye
a raczej
vi ses

piątek, 4 czerwca 2010

o tajemniczym zniknięciu i topolowych latawcach

Zapodziała mi się komórka, nie wiem gdzież ona i czuję sie nieswojo.
Niepokojące, jak to sie człowiek przykleja do kawałka plastiku.
Ja bez niego czuję się niepewnie, jestem niepełnosprawna i spowolniona, jakkolwiek okrutnie by to zabrzmiało. Z drugiej strony, równie mrocznej, miewam reakcje lękowe jak się odzywa i bądź tu człowieku normalny.
      Jak przez mgłę pamiętam czas, kiedy mieszkałam z rodzicami i siostrą i nie mieliśmy wcale telefonów, nawet stacjonarnego. Odwiedzało sie znajomych , rodzinę,  urzędy, nie bedąc pewnym, czy się kogoś zastanie w domu, czy sie sprawy pozałatwia. Wszystko robiło się na wyczucie, niepewnie...ale jakoś się żyło, bez żalu, bez większego stresu.
No tak przypomniało mi się, że tęsknimy bardziej za tym, czego spróbowalismy, spodobało sie, a potem  zostało odebrane, nie tęsknimy tak za rzeczami do których nie zdążyliśmy przywyknąć.
 Przyzwyczajenie jest drugą naturą, więc jestem prostym komórczakiem ;P
Pisząc to przypomniałam sobie, że wczoraj pedałowałam tu i tam i komórkę odnalazłam w rowerowej sakiewce na kierownicy... dzięki Św Antoni, albo dzięki hipokampie :)
Taka chwilowa deprywacja jest jednak dobra. Otrzeźwia i uczy czegoś o nas samych.

Pare rzeczy przydałoby się dziś pozapinać. Odebrać odnowione prawo jazdy, może odwiedzić babcię, umówić się na spotkanie w sprawie powrotu do pracy po wychowawczym, zaklepać wizytę u lekarza, zaktualizowac listę lektur w bibliotece.
Cały dzień by sie wywiązać z obowiazków i obietnic. Damy radę.
Słońca nie ma , deszczu też,  choć bura wata na sklepieniu.
Może nic nie spadnie i oby!

Za oknem fruwają puszki, bez obaw, nie aluminiowe ;P
To sie chyba nazywa babie lato? Topole podwórkowe weszły w okres rozrodczy. Wiatr bierze udział  w tej  orgii, a mnie się ciśnie na usta - wirujacy sex:)
 Juz niedługo parkowe alejki zmiękną przy krawężnikach.

Jak zwykle znalazłam fotograficzne nawiązanie do fazy kwitnienia i pierza pod nogami.


Babie lato i pyziak na polskich drózkach.
Zdjecia sprzed dwóch lat i początki nauki chodzenia.