wtorek, 27 kwietnia 2010

bajka mydlana


W niedzielę rano siedzę przed kompem i poluję na atrakcje.
 Co by tu zrobić ciekawego, jak czas spedzić?
 Dojadając jajecznicę trafiam na stronę Akademii Indygo.
O! ciekawe, o 11.30 interaktywny pokaz baniek dla maluchów. No i pojechalismy po wrażenia:)
Myślę, że było warto, dla magii koloru, swobodnej atmosfery i dla wibracji dziecięcego śmiechu.

Doświadczenie wsród rówiesników (prawie) to też fajne preludium do przedszkola dla mojego lewka.
Bo Igo to jednak indywidualista, chadzający własnymi ścieżkami kocur i pan sytuacji.
Dobrze, ze poznaje jak działa sie w grupie i jaką frajdę może sprawić wspólna zabawa.
Takie spendy przybliżają i rzucają swiatło na różne rzeczy.
Dowiaduję sie , co drzemie w moim dziecku, co lubi, jak reaguje....

było bajecznie, zresztą sami zobaczcie:)

czwartek, 22 kwietnia 2010

kopalnia

Przedstawiam kolejne ciekawe miejsce na mojej rowerowej mapie.
Kopalnia piasku Maczki-Bór.
Dla mnie kopalnia nieprzebranej ciszy i spokoju (oczywiście w dniu wolnym od pracy;)

 
Obserwuję tą przestrzeń znad krawędzi wyżłobionego kanionu, który prezentuje sie prawie jak skrawek księżyca.
Dla mnie to niesamowity krajobraz, z maszynami gigantami przy których człowiek wyglada jak mrówka.
Mozna tu ponoć znależć kawałki skamienielin. Mój mąż w dzieciństwie bywał tu z tatą i bratem. Odkopywali kawałki skał z odbitymi przedpotopowymi żyjątkami.
Nie ma już tego zbioru, brat nie docenił i rozdał "odbitki". Szkoda.

Miejsce jest zapewne eksplorowane przez przypadkowych turystów, choc wchodzenie w głąb jest surowo wzbronione.
 Ja sie ośmieliłam zjechać nieco w dół i oto częściowy rezultat ;)



poniedziałek, 19 kwietnia 2010

:)

Skaczemy pod sufit..no prawie:)
Juniora przyjęli do przedszkola, ba! do 3 przedszkoli, a tak się obawialiśmy, że nici z tego wyjdą.
Jednak nie było tak źle, jak się nastawialiśmy.
Teraz mamy dylemat do którego zapisać. Chyba ostatecznie padnie na przedszkole najodleglejsze, ale najbliższe miejscu zamieszkania dziadków, asekuracyjnie, zeby mogli ewentualnie wyręczyć w odbieraniu. 
Uff...

Z biegów wróciłam nieco podlana deszczem.
Wszystko takie nasycone kolorem, takim pierwszym i jeszcze nie przypudrowanym kurzem.
Liście soczyste i lśniące, aż sie rozglądam za tabliczkami "uwaga, swieżo malowane". Nie znalazłam, więc w odruchu chwyciłam gałązkę i upaćkałam się zielonym, a i owszem, zastępem mszyc.
Jak sie budzi do zycia, to wszystko:)
Wyłaniając sie z lasu wpadłam na słońce. Jak grejpfrut na lawendowej serwetce nieboskłonu.
Cud miód i krople we włosach.


Dzis bedę miała kolorowe sny, a przynajmniej zielone :)

sobota, 17 kwietnia 2010

nie z tej ziemi..

Nigdy nie oglądałam "6 stóp pod ziemią" w telewizji.
Teraz nie potrafię się oderwać, bo momentami wchodzę w takie synchro z tą fikcją, że mi się oczy wybałuszają ze zdziwienia, że tak można...
Wczoraj  wtopiłam sie w tło i wsłuchiwałam w scenariusz jakby napisany pod moje egzystencjalne pytania. Znalazłam odpowiedzi. Czy było to naprawdę autentyczne doznanie czy wydumana projekcja po 3 lampkach wytrawnego, nie wiem...z wrażenia nawet, jak nie palę, to się zaciagnęłam z paczki kryzysowej.
Śmierć oswojona....

Pierwsza seria za mną, druga w trakcie....az żal że sie to kiedyś skończy, a może lepiej, bo ja za bardzo wchodze w inne swiaty.
W inne swiaty wchodzę, by nabrać dystansu do swojego mikrokosmosu. Dystans uzdrawia.
 Od kilku dni, czuję jakbym była stąd...

i nie chce miejsca opuszczać
Z tej perspektywy Ziemia jest taka malutka,  ja jestem niedostrzegalna, a moje troski jakby zupełnie nie istniały.
Albo sie zakopać , albo lewitować, byle nie czuć tymczasowo.

środa, 14 kwietnia 2010

zakładka

Zrobiłam kolejna zakładkę, ale jestem średnio zadowolona.
 Chyba za duzo namieszałam z ornamentami. Miało byc elegancko i tajemniczo..taaaa, mam nadzieje, że przynajmniej trochę otarłam się o klimaty.
 W każdym bądź razie zakładka powstała i jest dodatkiem do urodzinowego prezentu dla mamy, który pozostaje jeszcze w sferze domysłu :)



niedziela, 11 kwietnia 2010

...

Cięzko mi na sercu i strasznie smutno. Dodatkowo jestem kłębkiem nerwów.
Mój tato juz ledwo widzi z powodu zaćmy.
To tak zatwardziały i uparty człowiek, który nie da sobie wytłumaczyć konieczności dbania o siebie.
Był głuchy na nasze prośby, by zgłosić sie w końcu do okulisty. Dopiero ostatnio cos w nim drgnęło, coś skruszało...czy nie jest za późno.?
 Usciślając , dowiedziałam sie od taty przypadkiem, że nie widzi już na jedno oko. Stało sie to pół roku temu, gdy odwiedzał wnuka w Klinice Okulistyki Dzięcięcej (Igor miał zabieg usuwania ciała obcego ech..straszne czasy)
Nie dość, że wtedy truchlałam o syna, zaczęłam truchleć o tatę.
Mój ojciec zaczyna sie bać, ja boję się już od dawna.
Dodatkowo rośnie we mnie poczucie winy, że nie miałam dość mocnych argumentów by go przekonać, a najgorzej czuję sie z myślą, że może ojciec ( a jest do tego zdolny) uważa, że pchamy go do lekarza, bo nie chcemy by stał się nam ciężarem, że nie wierzy byśmy robiły to z troski i miłości do niego, a raczej z wyrachowania.  :(


Błądzę po necie w poszukiwaniu informacji o zaćmie i jej leczeniu chirurgicznym i dopiero teraz przejmuje mnie trwoga. Na zabieg w szpitalu, refundowany, czeka sie ok 2 lat (dane z netu i od teściowej). Zabieg w prywatnej klinice kosztuje ok 4000.
No, mam łzy w oczach :(

Musiałam to z siebie zrzucić, choc trochę...

czwartek, 8 kwietnia 2010

marzy misie

Ja się zawsze krzątam wokół swoich mysli, nie umiem się od nich odgonić.
Niestety, więcej myśląc niż działając, stoję w miejscu. Myśli moje niespokojne i z partykułą "nie" na początku, podcinają mi skrzydła.
Często, za często myślę, że się do niczego nie nadaję tak na dłuższą metę, dlatego porzucam co zaczynam przy byle porażce...albo z lenistwa.


Mysli krążą wokół pracy i tego co chciałabym robić w życiu i w czym się spełniać...i jeszcze żeby to było dochodowe:)
Chciałabym spróbowac tego i owego, tylko nie wiem czy mam jeszcze czas by szukać i czy nie jest juz najwyższa pora, by przestać wydziwiać i skończyć z zachciankami obierając jeden kierunek i tzymając za ster mimo niepowodzeń.


Mam odczucie, że życie przecieka mi przez palce :(
Zawodowo nie dopłynełam za daleko, właściwie jestem statkiem, który osiadł na mieliźnie.
 Szkopół w tym , czy chcę się odgrzebywać z tego mułu, chwytać wiatr w żagle, czy dalej rdzewieć.

 Na chwilę obecną, wiosenna i zieloną, powtarzam sobie, że CHCĘ  (się odgrzebywać)
Tak Tak Tak!!
Chcę korzystych zmian w moim zyciu zawodowym.



Z luźnych pogawędek wieczornych ...

Ja:
 Wiesz, żałuję ze nie jesteśmy przedsiębiorczy, odważni i tym podobne
On
 - No tak.... bo my jesteśmy takie miśki ( w znaczeniu, że lelum polelum)
- ?? (i wzdychnięcie)
- Ale patrz, miśki są przecież silne i groźne...  wiesz, że niedźwiedzie potrafią wspinać sie na drzewa i biec z predkością 60 km/h. Nie masz z nimi szans.


 Moja konkluzja po mężowskich dywagacjach:
 Jestem  życiowym miśkiem, ale z potencjałem.


:)

wtorek, 6 kwietnia 2010

Balaton

W sobotę przed świętami uszczknęłam troche czasu wyłącznie dla siebie (było to niedługo po baby wypieczeniu i w trakcie jej stygnięcia)
Z moim przyjacielem rowerem pojechaliśmy przed siebie. Owe "przed siebie" zawsze wyznacza kierunek nad pobliskie rozlewisko zwane tutaj Balatonem (dlaczego?, proszę nie pytać)

Przyjemny zakątek, miejsce oblegane przez wędkarzy, spacerowiczów i rowerzystów oczywiście.
Tym razem było dość bezludnie, więc mogłam się w skupieniu przyglądać wodzie i pączkującej florze.
 Jeszcze dość brązowo i surowo w przyrodzie, ale na swój sposób uroczo, ciekawie i łabędzio:).



sobota, 3 kwietnia 2010

Upiekło mi się:)

Nie wiem czy wiecie, ale teraz tak sie podaje.  Tak, tak...
Babka z kominem o!


To jest chyba szczyt rozkojarzenia i niecierpliwości, żeby polewać i ozdabiać wypieki jeszcze w formie. Cóz, człowiek sie uczy na błędach, a ja szczególnie...

Baba wyglada jak milion kalorii i na pewno sie po niej rośnie w szerz, ale co tam. Normalna rzecz tyć po babkach, prawda :)
Bez cienia ściemy informuję, że jest również jadalna , a nawet bardzo:) Nic nie siadło, żadnego zakalca i tym podobnych.
Proszę bardzo w wersji makro:


Musiałam udokumentować mój kulinarny popis, a dlatego, że ja w kuchni tylko od święta sie krzątam, a ścislej - piekę.
Za mnie pieką zwykle inni, np moja mamusia i mamusia nr 2.
O! własnie małżonek wrócił z pracy odbierając po drodze od dziadków naszego syna i (juz nasz;) zapas ciast i mięso-wędlin.
 Ja nie mogę, bedzie wielkie żarcie, a potem wielkie chudniecie. Oby!!

To tymczasem:)

WESOŁYCH   ŚWIĄT  WSZYSTKIM !!!



piątek, 2 kwietnia 2010

baba

Blogi swiętują Wielkanoc, na większości pisanki, zajączki, łączki i inne gadżety. Bardzo kolorowo i wiosennie!
Ja rok rocznie nie działam zbyt wiele w tej kwestii, owszem kartki ożyły, ale w kuchni pustawo, żadnych mazurków , pisanek itp..kilka gałazek wierzbowych kiwa sie w wazonie i ptaszki nań przycupnęły..eta wsjo.
Postanowiłam jednak coś upiec, tak jak nigdy nie piekę....
Wyszukałam przepis na babkę czekoladową.. przepis ze Skandynawii , no i masz, czy ja go zrozumiem :P
 Co z tego wyjdzie okaże sie za jakies 2 godziny, albo nie, lepiej jutro, dziś już padam padam padam..

Wybrałam babkę czekoladowa gdyż leżą odłogiem dwie barrrdzo gorzkie czekolady, których nikt liznąć nie chce i ja sie wcale nie dziwie. Cos musze z nimi zrobić, skoro nie trafiły na koneserów.
Babka ponoć prosta w obsłudze...Särkyneiden sydänten kakku - co z finskiego tłumacząc oznacza - na złamane serce. 
No no..nieźle, ja złamanego serca co prawda nie mam, bije równo:) ale skuszona przepisem skompletowałam juz zestaw surowców.
Będzie słodko....

czwartek, 1 kwietnia 2010

Biała wstążka


Bywają filmy, które przepływają przez filtr umysłu zostawiając na nim osad myśli. Trudno ten osad wypłukać, zostaje na długo i dobrze. Pojawił się kolejny taki film, który w mojej pamięci zostanie.

W domu rodziców jest wielki, oprawny w grubą skórę, album rodzinny kryjący zdjęcia sprzed wieku nawet. Zdjecia sa czarno białe, albo mienią sie odcieniami brązu jak ziemia. Lubie zdjęcia w sepii.
To idealny kolor utrwalacza wspomnień, usztywnia to co kruche i koloruje moją tesknotę, nawet za tym czego nie doświadczyłam.
Jest w tym albumie zdjęcie mojej babci z przedszkola, ulubione...
Bose stopy i zsuwajaca się na czoło kokarda, wyobrażam sobie że żółta.
I słysze ciche szepty tych dzieci, których juz nie ma poza kadrem
 Przedziwne.
Czas jest przedziwny, a klisze są magiczną jego otuliną.

O filmie "Biała wstażka" mówią majstersztyk i tak jest w istocie.
To arcydzieło pełne wymownych twarzy, gestów, sytuacji.
Z nim razem przebyłam podróż wehikułem, czułam jak przesuwam sie do tyłu, jak mentalnie zamykam sie w rodzinnym albumie.
Niezapomniane.
Dla mnie każda scena w tym filmie mogłaby istnieć osobno, jako miniatura emocji.
Klimat niemieckiego ordungu, sztywności zasad, surowej moralności najlepiej oddają twarze, szczególnie
grających dzieci...jak im się udało dobrać takich profesjonalistów?!

Jestem pod wielkim wrażeniem obrazu. Jakby ktoś kręcił go przed 100laty, a nie w zeszłym roku!
Trzeba go obejrzeć dla samego przyglądania się przeszłości, a nie tylko po to, by dowiedzieć się co własciwie miało miejsce w tej wiosce. Koniec jest nieistotny według mnie.
Polecam!