piątek, 4 czerwca 2010

o tajemniczym zniknięciu i topolowych latawcach

Zapodziała mi się komórka, nie wiem gdzież ona i czuję sie nieswojo.
Niepokojące, jak to sie człowiek przykleja do kawałka plastiku.
Ja bez niego czuję się niepewnie, jestem niepełnosprawna i spowolniona, jakkolwiek okrutnie by to zabrzmiało. Z drugiej strony, równie mrocznej, miewam reakcje lękowe jak się odzywa i bądź tu człowieku normalny.
      Jak przez mgłę pamiętam czas, kiedy mieszkałam z rodzicami i siostrą i nie mieliśmy wcale telefonów, nawet stacjonarnego. Odwiedzało sie znajomych , rodzinę,  urzędy, nie bedąc pewnym, czy się kogoś zastanie w domu, czy sie sprawy pozałatwia. Wszystko robiło się na wyczucie, niepewnie...ale jakoś się żyło, bez żalu, bez większego stresu.
No tak przypomniało mi się, że tęsknimy bardziej za tym, czego spróbowalismy, spodobało sie, a potem  zostało odebrane, nie tęsknimy tak za rzeczami do których nie zdążyliśmy przywyknąć.
 Przyzwyczajenie jest drugą naturą, więc jestem prostym komórczakiem ;P
Pisząc to przypomniałam sobie, że wczoraj pedałowałam tu i tam i komórkę odnalazłam w rowerowej sakiewce na kierownicy... dzięki Św Antoni, albo dzięki hipokampie :)
Taka chwilowa deprywacja jest jednak dobra. Otrzeźwia i uczy czegoś o nas samych.

Pare rzeczy przydałoby się dziś pozapinać. Odebrać odnowione prawo jazdy, może odwiedzić babcię, umówić się na spotkanie w sprawie powrotu do pracy po wychowawczym, zaklepać wizytę u lekarza, zaktualizowac listę lektur w bibliotece.
Cały dzień by sie wywiązać z obowiazków i obietnic. Damy radę.
Słońca nie ma , deszczu też,  choć bura wata na sklepieniu.
Może nic nie spadnie i oby!

Za oknem fruwają puszki, bez obaw, nie aluminiowe ;P
To sie chyba nazywa babie lato? Topole podwórkowe weszły w okres rozrodczy. Wiatr bierze udział  w tej  orgii, a mnie się ciśnie na usta - wirujacy sex:)
 Juz niedługo parkowe alejki zmiękną przy krawężnikach.

Jak zwykle znalazłam fotograficzne nawiązanie do fazy kwitnienia i pierza pod nogami.


Babie lato i pyziak na polskich drózkach.
Zdjecia sprzed dwóch lat i początki nauki chodzenia.

3 komentarze:

  1. oj, to świeta prawda, jak bardzo uzależniliśmy się od telefonów komórkowych, każde zapodzianie, zagubienie sprzętu i od razu panika, co to będzie? a jak się coś stanie? a jak ktos obcy znajdzie moj telefon i bedzie dzwonił na mój koszt? obaw jest sporo. coż, takie życie, technologia daje nam coraz lepsze i wymyślniejsze gadżety a my stajemy sie ich niewolnikami. ja też nie lubie wychodzic z domu bez telefonu i czuję się nieswojo jak widzę, że bateria mi pada a jestem daleko od domu. co ciekawe, traz kiedy mamy telefony komórkowe, to pojawia sie oczekiwanie, ze osoba do ktorej chcemy zadzwonic na komórkę ma obowiązek ją odebrac a my nie przyjmujemy do wiadomosci, ze ona może nie chciec z nami rozmawiac z w danej chwili. poza tym jak już sie ma komórę to wypada się zapowiedziec z wizyta, a nie tak jak kiedys wpadać bez uprzedzenia... czasy sie zmieniły, pododnie jak savoir vivre i zachowania społeczne :) ach te telefony!

    metalowe puszki mówisz i wirujący seks? :D :P tylko uważaj, żeby nie dostać metalem w głowę :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Zagubiona komórka to horror naszych czasów:
    - a jak ktoś już przez nią rozmawia?
    - a jak są tam jakieś "wstydliwe" smsy lub fotki?
    - a jak ja odtworzę listę swoich zobowiązań bez kalendarza z komóry?
    itd...

    Sam tyle razy ją gubiłem, że hej!

    OdpowiedzUsuń
  3. święty hipokamp jest cudny! :D
    I jakżeż zasłużony.

    OdpowiedzUsuń